Linas Idzelis, dowódca Związku Strzelców Litewskich
Plan Europy powinien zakładać pochowanie wszystkich rosyjskich najeźdźców.
wywiad 10.04.2026 12:01
Linas Idzelis, dowódca Związku Strzelców Litewskich
Plan Europy powinien zakładać pochowanie wszystkich rosyjskich najeźdźców.
wywiad 10.04.2026 12:01

Na Litwie działa unikalna organizacja paramilitarna – Związek Strzelców Litewskich, znana również jako „Szaulaj”, wspierana przez rząd. Założona w 1919 roku, ma na celu szkolenie obywateli w zakresie zbrojnego i cywilnego oporu w czasie pokoju. Ochotnicy zrzeszeni w Związku wspierają instytucje państwowe w sytuacjach kryzysowych, a w stanie wojennym jego formacje zbrojne podlegają bezpośrednio Litewskim Siłom Obronnym. LRU rekrutuje swoich najmłodszych członków już w wieku 11 lat, a po osiągnięciu pełnoletności zaprasza ich do złożenia przysięgi.

Obecnym dowódcą LRU jest pułkownik Linas Idzelis , żołnierz zawodowy, który rozpoczął służbę w 1992 r., a stanowisko objął w 2023 r. po nominacji premiera kraju.

Ukrinform rozmawiał z pułkownikiem Idzelisem w kontekście ostatnich wydarzeń, kiedy rosyjska agresja na Ukrainę i zmiany geopolityczne zmuszają Europę do wzięcia większej odpowiedzialności za własną obronę i stawiają Litwę, wraz z innymi państwami bałtyckimi, w trudnej sytuacji, ponieważ są one bezpośrednimi sąsiadami Federacji Rosyjskiej. Rozmowa dotyczyła gotowości obronnej UE, relacji transatlantyckich, postrzegania zagrożeń przez ludność cywilną w Europie, wniosków, które należy wyciągnąć z doświadczeń Ukrainy, aby uczynić Europę silniejszą i bardziej odporną, a także historii organizacji, której przewodniczy.

JEŚLI STRACIMY UKRAINĘ, TO BĘDZIE KONIEC EUROPY

- Europa dokonuje obecnie ponownej oceny swojego podejścia do gotowości obronnej, ponieważ więzi transatlantyckie są pod presją. Jednak nie wszędzie w UE społeczeństwa postrzegają zagrożenie potencjalnymi zdarzeniami militarnymi w ten sam sposób. Jak wygląda sytuacja na Litwie?

– Ciągle czujemy, że żyjemy obok wulkanu. Rosja nie jest nowym zagrożeniem dla narodu litewskiego. Gdy tylko zaczęliśmy tracić nasze terytoria w XV wieku, zdaliśmy sobie sprawę, że mamy tylko jednego wroga – Rosję. Nie mogę powiedzieć, że 100 procent naszego społeczeństwa jest przygotowanych na sytuacje kryzysowe. Niektórzy to zaniedbują, zwłaszcza dlatego, że nie wszyscy są patriotami. Mamy zwolenników Rosji, ale oczywiście stanowią oni mniejszość.

Dziś wracamy do historii, bo Litwa to naród wojowników. Przez wieki pomagaliśmy Europejczykom przetrwać. Kiedyś uratowaliśmy Europę przed hordą mongolsko-tatarską. Pewnego dnia horda może powrócić, a mam na myśli Rosjan, którzy teraz walczą z Ukraińcami.

To nowy rodzaj wojny, ponieważ w przeszłości toczyliśmy wojny ekonomiczne, ideologiczne, walkę z faszyzmem, z komunizmem, a teraz to właściwie wojna święta, wojna o przetrwanie. Jeśli stracimy Ukrainę, to będzie koniec Europy. Ci Ukraińcy, którzy przeżyją, zostaną siłą zmobilizowani do armii rosyjskiej, a te siły będą kontynuować swoją drogę do Europy, co doprowadzi do katastrofalnych scenariuszy. Dlatego tak ważne jest teraz, aby pomóc Ukrainie.

Po upadku Związku Radzieckiego Rosja najpierw zaatakowała Czeczenię, potem Gruzję, i już wtedy było jasne, że następna będzie Ukraina, a czwartym celem będą państwa bałtyckie.

Dlatego wielu Litwinów tak chętnie pomaga Ukraińcom, m.in. poprzez darowizny i przekazywanie różnego sprzętu. Jednocześnie ci w Europie, którzy nie mają doświadczenia w stawianiu czoła zagrożeniu ze strony Rosji, po prostu nie rozumieją, jak niebezpieczna jest Rosja. Rosjanie mają strategię, wiedzą, co chcą osiągnąć w perspektywie długoterminowej. Chiny również mają strategię, a Stany Zjednoczone opracowują swoją, bo stary świat już się zawalił. Tymczasem ja nie widzę w Europie żadnej długoterminowej strategii, co sprawia, że ​​obecny okres historyczny jest bardzo niebezpieczny dla kontynentu.

LITWA PRZYGOTOWUJE SIĘ NA CZTERY SCENARIUSZE ROSYJSKIEJ AGRESJI

- Jak ocenia Pan zagrożenie realną inwazją Rosji na państwa bałtyckie w najbliższej przyszłości? Sekretarz generalny NATO Mark Rutte stwierdził, że wschodnia flanka NATO może paść ofiarą rosyjskiej agresji w ciągu najbliższych kilku lat.

- Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, na Litwie opracowaliśmy cztery scenariusze, w jaki sposób Rosja mogłaby spróbować pokonać państwa bałtyckie, być może wspólnie z siłami białoruskimi, ponieważ w razie wojny między Rosją a NATO Białoruś nie byłaby w stanie trzymać się z daleka.

Pierwszy scenariusz to wojna hybrydowa, którą widzieliśmy już w 2014 roku, kiedy bojownicy Reduta i Wagnera, wspierani przez GRU i siły specjalne, pojawili się na Ukrainie w mundurach bez insygniów. Jednak inwazja ta została poprzedzona zakrojoną na szeroką skalę kampanią informacyjną i cyberatakami. Inwazja była więc jedynie kontynuacją tych początkowych działań hybrydowych. Od tego czasu Ukraina wyciągnęła wiele wniosków i teraz Zachód jest gotowy na taki scenariusz. Na Litwie wielu wysokich rangą oficerów, pułkowników, zrozumiało ten scenariusz, ponieważ kiedyś studiowali go z rosyjskich podręczników. W tych podręcznikach inwazja jest jedynie ostatnią fazą, przed którą zadanie domowe zostało już odrobione… Rosjanie zawsze tak robią, a teraz dzięki Telegramowi i innym narzędziom łatwo im wynająć kogoś za kilkaset euro do przemytu kontrabandy, podpalenia fabryki lub zniszczenia pomnika. Wojna hybrydowa już trwa przeciwko całej Europie, o czym rządy europejskie doskonale wiedzą.

Drugim scenariuszem, który analizowaliśmy podczas ćwiczeń, była zmiana świadomości lokalnej ludności poprzez odruchowe działania kontrolne. Ostatecznym celem jest powitanie rosyjskich czołgów kwiatami, a nie granatnikami.

Po upadku ZSRR wszyscy w naszym kraju znali rosyjski, oglądali rosyjskie filmy, a wielu naszych żołnierzy słuchało rosyjskiej muzyki, takiej jak „Ljube”… Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że to było złe, ale dla wielu było już za późno. Niektórzy ludzie na Litwie nadal nie mówią po angielsku, a rosyjskie treści są nadal łatwo dostępne na YouTube i innych platformach, mimo że Litwa zakazała rosyjskich kanałów telewizyjnych. Tak więc niewielka część Litwinów została zatruta rosyjskimi treściami do tego stopnia, że ​​nie ma „antybiotyków”, które mogłyby im pomóc.

W rzeczywistości, młodsze pokolenie potrzebuje czasu, aby zastąpić tych, którym nie można już pomóc. Co ciekawe, pomimo faktu, że na Litwie żyje rosyjska mniejszość etniczna, najwięcej „wodników” jest wśród Litwinów, którym zbyt mocno wyprano mózgi.

Dobra wiadomość dla Litwy jest taka, że ​​sympatycy Rosji nie zamieszkują żadnego konkretnego obszaru, więc scenariusz taki jak w Donbasie jest u nas mało prawdopodobny.

Trzeci scenariusz to blokada energetyczna. Rosjanie zablokowali nasz rurociąg już w 1997 roku i wtedy zrozumieliśmy, że był to zaplanowany atak na nasz kraj. Dlatego postanowiliśmy uniezależnić się energetycznie. Odłączyliśmy się od rosyjskich sieci energetycznych i odmówiliśmy rosyjskiego gazu i ropy. Niestety, jak wyraźnie zauważył Edward Lucas w swojej książce, niektóre kraje europejskie są tak uzależnione od rosyjskich węglowodorów, że Moskwie łatwo jest prowadzić tam operacje wpływu i szantażować rządy.

Czwarty scenariusz to nagły i gwałtowny atak. Na przykład, kilka tysięcy rosyjskich żołnierzy w cywilnych ubraniach przybędzie na Litwę nocą, w cywilnych samochodach. Towarzyszyć temu będzie około 400 „szahedów”, pocisków manewrujących i balistycznych, około godziny 5 rano.

- Czy Europa jest gotowa na czwarty scenariusz?

– To bardzo niebezpieczna opcja. Nie sądzę, żeby którykolwiek kraj europejski był gotowy na 500 dronów i pocisków skierowanych na elektrownie, szpitale, jednostki wojskowe i kwatery główne, parlamenty czy pałace prezydenckie – wszystkie te ważne cele. Mogłaby temu towarzyszyć lub jednocześnie operacja powietrznodesantowa, a następnie ofensywa konwencjonalna z udziałem czołgów i transporterów opancerzonych.

Ale byłby to zupełnie inny scenariusz niż ten, który widzieliśmy na Ukrainie, ponieważ armia rosyjska, uważana przez wielu za drugą najsilniejszą na świecie, poniosła straty na wczesnym etapie, bagatelizując opór Ukrainy z powodu błędnych danych wywiadowczych. Rzecz w tym, że ogromne sumy pieniędzy wydane na operacje wpływu na Ukrainie w ramach przygotowań do inwazji zostały po prostu rozkradzione przez rosyjskie marionetki w tym kraju.

Z czysto militarnego punktu widzenia inwazja z udziałem mniej niż 200 000 żołnierzy na kilku liniach frontu była szaleństwem, ale Rosjanie i tak ją przeprowadzili, co było ich dużym błędem.

„MOSFILM” PRZECIWKO „HOLLYWOOD” W SPRAWIE WOJSKOWEJ

- Czy Europa mogłaby w tym przypadku przyciągnąć pomoc wojskową z Ukrainy, biorąc pod uwagę doświadczenie bojowe wojsk ukraińskich, jeszcze przed dopuszczeniem Ukrainy do UE?

- Tylko ukraińska armia wie, jak naprawdę walczyć z Rosjanami, jak bronić się przed profesjonalnymi jednostkami takimi jak Rubikon. Obrona Europy bez ukraińskich żołnierzy byłaby bardzo trudna. Prędzej czy później wszyscy zrozumieją, że bez zaprawionej w boju armii ukraińskiej Europa nie ma przyszłości. Widzę, że niektóre kraje przygotowują się do konfliktu na wzór II wojny światowej, co jest błędem.

Istnieją dwie szkoły sztuki wojennej: jedną, którą nazywam „Mosfilmem”, i drugą „Hollywood”. „Mosfilm” polega na wysyłaniu fal piechoty na pewną śmierć, a rodzinom na pogrzeby i ewentualnie pośmiertne medale. Ja jednak wolę „Hollywood” z jego bogatymi polami minowymi i operatorami dronów rozmieszczonymi daleko od linii frontu. Myślę, że przyszłość należy do tej zachodniej szkoły, z dalszą robotyzacją i dronizacją wojny. W końcu Zachód jest bogaty, więc go na to stać. Nadal brakuje potencjału militarno-przemysłowego, ale skoro teraz mamy zwiększone budżety obronne, to tylko kwestia czasu.

Europa musi przejść od ciągłych dyskusji do działania. Od czasu inwazji na pełną skalę trwały tylko dyskusje. Dopiero gdy Donald Trump doszedł do władzy w Stanach Zjednoczonych, Europejczycy poczuli prawdziwy niepokój i zaczęli inwestować więcej we własną obronę. Teraz widzimy już więcej zamówień rządowych dla fabryk wojskowych, powstają nowe linie produkcyjne i myślę, że część wiedzy zostanie zapożyczona z Ukrainy, w szczególności w zakresie dronów dalekiego i średniego zasięgu, a także przechwytywaczy  zmodernizowanych dronów, które teraz latają z większą prędkością i na większej wysokości, zainstalowanymi kamerami, większą odpornością na walkę elektroniczną itd. Europa ma więc wciąż wiele do zrobienia.

Często jeżdżę na Ukrainę, odwiedzam różne kwatery główne i często widuję tam Brytyjczyków. Dochodzę więc do wniosku, że Brytyjczycy naprawdę się przygotowują i traktują sytuację bardzo poważnie. Nie mnie oceniać stopień gotowości w krajach europejskich, ale oczywiście byłoby najlepiej, gdyby ktoś rozpoczął prawdziwą transformację i stał się przykładem dla innych.

Zachód potrzebuje planu, który pozwoli mu w stu procentach pogrzebać wszystkich rosyjskich najeźdźców.

- Widzimy, że jedność NATO jest pod presją, a może nawet pęka, w następstwie niedawnych oskarżeń USA pod adresem europejskich sojuszników o niechęć do wspierania działań wojennych w Iranie. Widzimy apele o europejską autonomię obronną, promowaną przez komisarza obrony. Ale czy tempo osiągania tej autonomii i podejmowania decyzji w sprawach obronnych w Europie jest wystarczająco szybkie?

– Musimy wrócić do podstaw, mówiąc o NATO. Sojusz powstał wokół idei amerykańskich gwarancji militarnych dla Europy. Przed II wojną światową Europejczycy zazwyczaj często ze sobą walczyli – Francja z Niemcami, Francja z Wielką Brytanią itd. Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone zapewniły obecność wojskową, opracowały Plan Marshalla na rzecz odbudowy Europy i zapewniły parasol nuklearny. Rosja nigdy nie bała się Europy. Tak naprawdę bała się „szalonego kowboja” z potencjałem nuklearnym, będącego rezultatem potencjalnej konfrontacji, która mogła przerodzić się w pełnowymiarowy Armagedon.

Jeśli chodzi o obecną sytuację w NATO, nie powiedziałbym, że coś „pęka” w środowisku wojskowym NATO. Wszystko pozostaje bez zmian, procesy planowania trwają, ćwiczenia trwają, a to bardzo dobry sygnał. Podczas planowego szkolenia, Amerykanie stacjonujący na Litwie są bardzo pomocni. Nadal zapraszają nas na szkolenia co drugi weekend.

BRAK POBORU W WIELU KRAJACH EUROPEJSKICH POWODUJE BRAK REZERW

- Czy naciski USA na europejskich sojuszników, aby osiągnęli większą niezależność w sektorze obronnym, przynoszą skutek?

- Dziesięć lat temu, kiedy Litwa przeznaczała około 1 procent PKB na obronność, napisałem w mojej rozprawie, że musimy osiągnąć co najmniej 2 procent, zgodnie z celem NATO, w najbliższej przyszłości. Mój promotor, brytyjski dziekan, powiedział mi wtedy, że to nonsens. Podkreślił, że Litwa potrzebuje co najmniej 5, a nawet 7 procent. Musimy stworzyć armię, a także ją uzbroić. Nie można mieć pustej struktury. Jeśli jednostka istnieje na papierze, ale pozostaje niewyposażona, jest w rzeczywistości jednostką fikcyjną. Departament Obrony USA przekazał to bardzo bezpośrednio Europejczykom w 2011 roku, oświadczając, że Ameryka nie zamierza już wysyłać swoich żołnierzy na śmierć do Europy. Podczas jednej z konferencji wysoki rangą urzędnik Pentagonu zaczął krytykować konkretne kraje europejskie. Przypomniał jednej osobie, że podczas zimnej wojny miała cztery korpusy zmechanizowane, a teraz nie jest w stanie sformować ani jednej dywizji. Przypomniał innemu europejskiemu sojusznikowi, że kiedyś mieli tysiąc czołgów, a teraz nie mają ani jednego.

Problemy nie zniknęły. Europa musi produkować znacznie więcej broni. Potrzebuje znacznie większych rezerw ludzkich. W wojnie szalejącej na Ukrainie Rosja prawdopodobnie straciła już tam trzy całe armie, a straty po stronie ukraińskiej są oczywiście również znaczne. Tymczasem w Europie praktycznie nie ma poboru. Oznacza to brak rezerw na drugą lub trzecią falę odparcia ofensywy wroga. Problemy z osiągnięciem gotowości nie są jednak wszędzie tak dotkliwe. Na przykład Finlandia przygotowuje się do potencjalnego konfliktu lepiej niż wiele innych.

Ukraina jest bardzo dobrym przykładem odrodzenia przemysłu zbrojeniowego. Podczas gdy Rosja stara się udoskonalić dwa obszary produkcji dronów – „Geran” i „Molnija”, Ukraina produkuje już ogromną paletę dronów. Nie znam żadnego innego kraju, który produkuje tak wiele rodzajów broni jak Ukraina.

- W którą stronę zatem powinna podążać Europa?

- Jeśli przygotowujemy się do wojny z Rosjanami, przyszłość europejskiej obronności leży w integracji ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego i ukraińskich sił zbrojnych w jedną całość.

- Czy uważa Pan, że NATO robi wystarczająco dużo, aby włączyć ukraińskie doświadczenie bojowe do swoich protokołów bojowych, w szczególności do taktyki obrony powietrznej?

– Nie mogę powiedzieć tego o innych krajach, ale przynajmniej na Litwie staramy się zapożyczyć trochę doświadczenia, coś wyprodukować, a także stworzyć mobilne grupy obrony powietrznej. W niektórych krajach widzę konkretne działania w tym zakresie. Europa naprawdę potrzebuje wielu usprawnień w systemie obrony powietrznej i znów wracamy do potrzeby rozwoju przemysłu obronnego. Rządy muszą rozmawiać z przedstawicielami kompleksu wojskowo-przemysłowego. Nie da się zestrzelić dronów wartych 20 tysięcy euro rakietami, które kosztują nawet 3 miliony. W ten sposób zapasy zbyt szybko się wyczerpią i nie będziemy mieli gdzie kupić nowych rakiet. Mówię teraz tylko o pierwszej fali obronności, nie wspominając o drugiej czy trzeciej.

Nawet jeśli w drugiej fali obrony znajdzie się 200 000 rezerwistów, nadal muszą być oni odpowiednio wyposażeni, nie według standardów II wojny światowej, czyli w karabiny i hełmy. Jest rok 2026 i potrzebujemy innych rozwiązań. Zapasy starszej broni mogły początkowo pomóc Ukrainie, ale dla małego kraju takiego jak nasz, jeśli nie będziemy mieli nowocześniejszej armii i nie będziemy potrafili inteligentnie walczyć, będzie to oznaczać utratę całego terytorium.

ZADAJEMY TRZY PYTANIA TYM, KTÓRZY CHCĄ DOŁĄCZYĆ DO GWARDII

- Ciekawie jest również porozmawiać o Waszej wyjątkowej organizacji, o tym, jak jest zintegrowana z Ministerstwem Obrony Narodowej i jak jest wspierana przez rząd, ponieważ pomagacie w poprawie ogólnej gotowości obronnej kraju. Czy doświadczenie Waszej organizacji może być przydatne dla innych krajów europejskich?

- Doskonałe pytanie. Widzę, że wiele krajów trochę nam zazdrości i chce mieć podobne organizacje. Ale ich stworzenie nie jest takie łatwe. Mamy dobre tradycje, bo powstaliśmy dawno temu, w 1919 roku, tuż po I wojnie światowej, kiedy wojska niemieckie i rosyjskie wciąż gwałciły, mordowały i rabowały. Podjęto decyzję o stworzeniu organizacji, która zjednoczyłaby wszystkich partyzantów pod jednym dachem i kontrolowała sytuację. W okresie międzywojennym organizacja ta odpowiadała za przygotowanie społeczeństwa do walki partyzanckiej. Prosta ambicja polegała na tym, aby każdy mężczyzna i każda kobieta umieli posługiwać się karabinem. Po odzyskaniu niepodległości mieliśmy dwie Gwardie Narodowe – Federalną Gwardię Narodową, która jest podobna do Gwardii Narodowej Ukrainy, a my jesteśmy Państwową Gwardią Narodową. Różnica polega na tym, że nie jesteśmy wysyłani za granicę, na przykład do Afganistanu, Iraku czy Kosowa. Ci, którzy otrzymują pensję żołnierzy zawodowych, są delegowani.

Z kolei nasi związkowcy to wolontariusze. Przypomina to formacje powstałe po Majdanie, kiedy ludzie wstępowali do „Aidaru” i innych jednostek, chcąc po prostu dać coś od siebie swojemu krajowi. Kiedy nowi ludzie chcą dołączyć do naszej organizacji, zadajemy im następujące pytania: Czy jesteś patriotą Litwy? Czy jesteś gotów zabijać za swoją ojczyznę? Czy jesteś gotów umrzeć za swoją ojczyznę? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, natychmiast mówimy „do widzenia”. Pytamy również, czy mają czas na udział w szkoleniach. Aby być gotowym, trzeba zdobyć umiejętności, więc niezbędne jest szkolenie podstawowe. Żartujemy, że jesteśmy jak brytyjski SAS (Siły Specjalne – red .), ponieważ trenujemy „w każdą sobotę i niedzielę” (sobota i niedziela – red .) lub wieczorem. Ludzie przekazują nam pieniądze, a my wyposażamy własne strzelnice i poligony. Jesteśmy odpowiedzialni w szczególności za szkolenie ludności w zakresie nieuzbrojonego, cywilnego oporu, a także w zakresie udzielania pomocy wojsku. Prowadzimy również kursy patriotyczne w szkołach od 7 klasy. Teraz Ministerstwo Obrony Narodowej wydało rozporządzenie o rozpoczęciu szkoleń od 5 klasy. Nasza organizacja ma korpus kadetów, do którego kadeci mogą wstępować od 11. roku życia. Skopiowaliśmy system brytyjski i udoskonaliliśmy go.

Po ukończeniu 18 lat przez kadetów, zaczynamy uczyć ich umiejętności wojskowych. Dzięki temu, gdy dorosną i zdecydują się wstąpić do policji, wojska lub straży granicznej, będą już przygotowani. Kadeci mogą również zostać instruktorami. Przygotowujemy ich do roli liderów.

Są teraz wakacje i jeśli przyjedziesz do naszych placówek, zobaczysz wielu młodych ludzi studiujących już w wyspecjalizowanych jednostkach – medycznych, bezzałogowych, cybernetycznych czy ratowniczych. Te kierunki cieszą się dużą popularnością, zwłaszcza w dużych miastach. Ale na obszarach wiejskich sytuacja jest gorsza. Nawiasem mówiąc, głównym problemem jest tam spadek liczby ludności. Jesteśmy krajem o ujemnej demografii, podobnie jak wiele miejsc w Europie. Problem demograficzny również wymaga rozwiązania. Nadal nas zabija i robi to łagodniej niż jakikolwiek inny wróg.

MUSIMY SIĘ UCZYĆ OD UKRAINY I POCZUĆ ZAPACH WOJNY

- Skoro współpracuje Pan z armią ukraińską, jakie są główne obszary waszych interakcji?

– Współpracujemy z Wojskami Systemów Bezzałogowych, szkolimy się z nimi. A gdzie jeszcze możemy się uczyć? Oczywiście, można łatwo zorganizować kurs dla czołgistów, prosząc o pomoc niemieckiego attaché wojskowego. Ale gdzie można się nauczyć, jak powinno funkcjonować dowództwo batalionu Wojsk Systemów Bezzałogowych? To można zrobić tylko na linii frontu. Trzeba tam być, obserwować pracę tego batalionu. Wysyłamy więc na Ukrainę naszych strzelców, którzy potencjalnie mogą objąć stanowiska dowódcze, dowódców kompanii, zastępców dowódców kompanii, dowódców plutonów, potencjalnych dowódców batalionów i szefów sztabów. Zadają pytania ukraińskim oficerom i skrupulatnie wszystko dokumentują.

Uczymy się od Ukraińców, jak adaptują się do zmian taktyki wroga. Uczymy się, jak zwalczać drony za pomocą światłowodów, jak chronić strategiczne obiekty. Musimy wyczuć wojnę i zrozumieć, jak walczyć. Samo udanie się do Kijowa, uścisk dłoni i wymiana symbolicznych prezentów nie pomogą. Musimy iść na front, choć to oczywiście ryzykowne.

Współpracujemy także z ukraińskimi siłami specjalnymi, ale nie mogę wchodzić w szczegóły tej współpracy.

Sam jeżdżę na Ukrainę co trzy miesiące, rozmawiam z pułkownikami, porucznikami i sierżantami. Odwiedzam jednostki, obserwuję różne operacje, aby zobaczyć rzeczywistość: jak radzą sobie z dronami, piechotą czy artylerią, a następnie przetwarzam te dane i kształtuję własną percepcję. Rzecz w tym, że zasady obrony dużego i małego kraju są zupełnie inne. Nie możemy po prostu skopiować ukraińskich doświadczeń, ponieważ Litwa nie ma strategicznej głębi. Dlatego nie możemy stracić ani metra naszego terytorium. Jeśli przegramy, odzyskanie pozycji będzie bardzo trudne.

ROSJA CHCE PRZYWRÓCIĆ ZWIĄZEK RADZIECKI

– Wygląda na to, że nie spodziewa się Pan pokoju w najbliższej przyszłości. Jak, Pana zdaniem, można zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się Rosji i zagrożeniu dla Europy?

– Rosja zawsze przeżywała wzloty i upadki. Są okresy, kiedy słabnie, zwłaszcza po rewolucjach i innych wstrząsach wewnętrznych. W takich okresach mamy czas, aby lepiej się przygotować. Ale to przygotowanie musi być realne.

Bardzo się obawiam, że jeśli wojna na Ukrainie się skończy, budżety wojskowe w Europie również zostaną zmniejszone. Wiele więc zależy od polityków.

Dopóki Ukraina jest w stanie wojny, myślę, że nie ma konwencjonalnego zagrożenia militarnego dla Europy, ponieważ Rosja nie ma możliwości walki na kilku frontach jednocześnie. Pozostawili nam jedynie siły bezpieczeństwa jednostek wojskowych, a niektóre z nich są nawet rozformowane – więc nie ma żołnierzy ani sprzętu. Wszystko jest na Ukrainie.

W tej wojnie drony FPV były punktem zwrotnym. Myślę, że rozmieszczenie Sił Systemów Bezzałogowych na Ukrainie było bardzo mądrą decyzją. Gdyby nie one, Rosjanie już dawno pokonaliby Ukrainę. Wygląda na to, że w wojnie konwencjonalnej są silniejsi. Jeśli Rosjanie nie mogą gdzieś wysłać czołgów, wysyłają małe grupy piechoty i będą to robić w kółko, aż w końcu znajdą słabe punkty, jakieś słabe punkty.

Rosjanie też się uczą. Dziś mamy zupełnie inną, rosyjską mentalność wojskową. Nauczyli się wiele na poziomie operacyjnym i strategicznym. Rosjanie są też konsekwentni w swojej polityce. Chcą najpierw zniszczyć Ukrainę, a potem odbudować Związek Radziecki. Wszystko zaczęło się od Białorusi, a teraz próbują strawić Ukrainę. Rosjanie nie mogą odbudować Związku Radzieckiego bez Ukrainy.

Jewhen Matiuszenko, Bruksela – Wilno

Przy cytowaniu i korzystaniu z jakichkolwiek materiałów w Internecie, dostępnych dla wyszukiwarek, obowiązkowy jest odnośnik na pierwszy akapit "ukrinform.pl", ponadto cytowanie tłumaczeń materiałów z mediów zagranicznych możliwe jest wyłącznie z odnośnikiem do strony ukrinform.pl oraz do strony internetowej zagranicznych mediów. Materiały oznaczone jako "Reklama" lub z oznaczeniem: "Materiał jest zamieszczany zgodnie z częścią 3 art. 9 ukraińskiej ustawy "O reklamie" nr 270/96-VR z dnia 3 lipca 1996 r. i ustawą Ukrainy "O mediach" nr 2849-IX z dnia 31 marca 2023 roku oraz na podstawie Umowy/faktury.

Podmiot z zakresu mediów internetowych; identyfikator nośnika – R40-01421.

© 2015-2026 Ukrinform. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wyszukiwanie zaawansowaneUkryj wyszukiwanie zaawansowane
W przeciągu jakiego okresu:
-