Roman Suszczenko, dziennikarz, były więzień polityczny Kremla
Chcę wystawić na aukcji moje prace i przekazać zebrane fundusze na wsparcie więźniów
13.09.2019 13:05

Dwa dni po uwolnieniu Roman Suszczenko po prostu przyszedł do Ukrinformu. On przyszedł na krótko - przed wizytą w szpitalu, gdzie przechodzi badanie lekarskie.

Radość, uśmiechy, ciepłe uściski. Nie widzieliśmy Romana prawie przez trzy lata.

Prezes Ukrinform Ołeksandr Charczenko wyjął butelkę szampana „Krym”, która została schowana w Dzień Dziennikarza 2017 - specjalnie na przyszłe spotkanie z Suszczenko. To był jego pierwszy dzień dziennikarza w więzieniu, gdzie przebywał 1070 dni ...

Wyobraźcie sobie liczbę pytań, które koledzy chcieli zadać Romanowi. Dlatego pierwszy wywiad postanowił dać wszystkim razem - każdy po pytaniu.

- Może to nie jest kwestia, którą rozpoczynają wywiady, ale po tylu latach w rosyjskich więzieniach, czy może Pan powiedzieć, czym są Rosjanie teraz, jaki był ich stosunek do Pana, czym jest system, z którym się Pan spotkał?

- Jeśli chodzi o ludzi, z którymi się spotykałem, widziałem ich działania, to byli oni różni, ponieważ reprezentowali różne narody i narodowości, mentalność, tradycje kulturowe. Chociaż wszyscy identyfikują się jako obywatele Rosji. Jeśli mówimy o Rosjanach jako narodowości, to ich mentalność kształtowała się zgodnie z miejscem zamieszkania. Na samym początku tego piekła i w Lefortowie spotkałem jednych ludzi, a później, w kolonii i w drodze, spotkałem innych, z innym językiem, z innym akcentem. Byli różni ludzie i różne postawy. Rosjanie, z którymi korespondowałem i którzy mnie wspierali, byli jeszcze inni. Jestem wdzięczny za ich obywatelską pozycję i ludzkie wsparcie. Ale listy też były różne. I wiele czytało się między wierszami. Ktoś naprawdę współczuł, otwierał dusze, wspierał, dzielił się wiedzą, wiadomościami, a ktoś z systemu, miał określone zadania. Czasami pytania w listach były szczerze obelżywe.

Ale pod względem moralnym i psychologicznym - wpływ, którego trzeba było doświadczyć, to tortury. Są one tak sklasyfikowane przez kodeks karny Federacji Rosyjskiej.

Nawiasem mówiąc, było kilku takich, którzy rozumieli moją pozycję, czasem czytałem w ich oczach szacunek, zrozumienie, współczucie ... Ale to były wyjątki.

Wielu zachowywało się „neutralnie”, jak napisano w statucie: „dzień dobry, dobry wieczór” po ludzku.

W kolonii było jednak zupełnie inaczej – i chamstwo, i presja psychiczna przez około półtora miesiąca, dopóki nie pojawił się konsul. Widoczna jest różnica między aresztem a kolonią. W kolonii jest tzw kastowość - szczególny kodeks postępowania. Tam są zwykli przypadkowi ludzie, ale są też prawdziwi zabójcy, narkomani, złodzieje, rabusie. Większość z nich mówi: jesteśmy niewinni, stało się itp. I miałem do nich stosunek jak w pociągu: dzisiaj wsiadłem do wagonu, poznałem się z tymi, z którymi jedziemy w tym samym kierunku, rozmawiałem, później wyszedłem i zapomniałem. Tak ładowałem się psychicznie, ponieważ inaczej nie byłoby możliwe przeżycie.

- Czy były jakieś prowokacje?

- Tak. Były też podstawy. W kolonii było kilka prób prowokacji, prób podstawienia. Na przykład byłem w izolatorze karnym, chociaż zgodnie z ich standardami miałem być ogólnie przetrzymywany w bezpiecznym miejscu. Oznacza to, że powinien to być tryb normalny. Ale administracja kolonii (nie wiem, czym się kierowali) umieściła mnie w izolatorze, gdzie odbywają karę, po pierwsze, za najpoważniejsze zbrodnie, a po drugie, ci, którzy pozycjonują się jako złodzieje i nie uznają ani praw, ani zasad, ani władzy. Warunki tam są bardzo surowe, ograniczenia są straszne.

Umieszczono mnie u jednego gościa, który umówił się z jednym z „czerwonych” (więźniowie pracujący dla administracji kolonii), aby zdobyć drut do domowego czajnika. Sąsiad spacerował akurat po innym dziedzińcu i „czerwony” poprosił mnie o przekazanie tego drutu. Zgodziłem się i schowałem w ubraniu. A po spacerze inspektor sprawdza nas z wykrywaczem metalu. To znaczy to była konkretna „podstawa” ! Potem zrozumiałem, po co: aby obniżyć mój status, ponieważ nie mieszkam w ogólnych warunkach, bez ograniczeń, przygotowuję się do przyszłego spotkania z rodziną. Byłem drugim, a poszukiwania rozpoczęły się, od tego, który szedł przede mną. To dało czas na pozbycie się drutu. Ale w oczach tych, którzy szukali, było to widoczne – chcieli coś znaleźć, przeszukiwali trzy razy ...

- A czym to groziło?

- Sankcjami, przeniesienie do izolatora karnego, innymi karami.

- Znalazł się Pan w sytuacji, którą było trudno psychologicznie wytrzymać. Czy uważa Pan, że ukradziono te trzy lata życia, czy te trzy lata nie poszły na marne i odkrył Pan coś dla siebie, jakieś cechy, których nigdy się Pan nie spodziewał?

- Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że będę w stanie to wytrzymać.

Byłem w szoku: jaka trucizna, jaka broń? Nadal byłem tam, w autobusie, pytając: czy to dla zastraszania czy poniżenia? I nie otrzymałem odpowiedzi.

Potem całe moje życie przeleciało na moich oczach. Wiedziałem, że wojna się toczy, ludzie umierają, wiedziałem też, jak traktują każdego, kto został schwytany. W związku z tym nastawiłem się: teraz „piwnice”, tortury, a potem „spowiedź” w celu zarejestrowania w kamerze, zaczną się przewody elektryczne i inne okropności ... Zacząłem zdawać sobie sprawę, że czekam i oczywiście strach pojawił się jak u każdej normalnej osoby. Ale ten szok trwał około dwóch lub trzech godzin. Kiedy przyszliśmy do oddziału śledczego, naczelnik wyjął serwetkę i wytarł nią mi krew. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie będzie fizycznych tortur i prawdopodobnie przygotowywali mnie do innej misji. Trochę słabo. Rozpoczęły się rozmowy i zrozumiałem, czego ode mnie oczekują. Najpierw przyszedł śledczy, major z całkowicie ogoloną głową. Wyglądał na osobę mniej lub bardziej wykształconą, grzecznie wykonujący wszystkie momenty proceduralne. A potem, za 10 minut, wchodzi podpułkownik - jego oczy są siwe, łysy, jasne włosy, twarz bezbarwna... „Dobry wieczór, mówi, czekaliśmy tutaj na Pana. Nazywam się Mychajło Swynolup, jestem zastępcą naczelnika Departamentu Śledczego. Oferujemy współpracę z nami. Będzie Pan współpracował czy nie? ”. Potem przyszła wyznaczona przez nich adwokat i powiedziała: „Świeci Panu 20 lat”... Bardzo zestresowały mnie te słowa. Później śledczy ponownie pyta: „Więc będziesz z nami współpracował, czy nie?” Mówię: „Usłyszałem Pana, żegnam”. Potem poszliśmy do izolatora MSW. O trzeciej nad ranem położyłem się, zamknąłem oczy, a o szóstej rano na cały głos: Sojusz jest niezniszczalny ... !!!” wtedy i uświadomiłem sobie: oto jest dno. Rano przybyliśmy do sądu w Lefortowie i cały ten koszmar trwał dalej. Sędzia zadaje mi pytanie, a ja nie rozumiem co się dzieje. Mówi: „Zgadza się Pan czy nie?” Odpowiadam: „Tak, nie”… Reakcja nieprzytomna.

Potem zawieźli do Lefortowo, tam całkowicie przebrali, wszystko zostało zabrane. W kwarantannie, gdzieś podczas drugiej nocy pojawiła się pewna świadomość. A dwa dni później przyszedł do mnie adwokat Mark Feygin i zawarliśmy umowę. I zdałem sobie sprawę, że to był początek walki.

- Mimo wszystko te lata zostały skradzione z Pana życia, czy to było, że tak powiem, jakieś doświadczenie?

- Jeśli odpowiedzieć, czy zostały skradzione, tak, oczywiście. Z drugiej strony jest to nieocenione doświadczenie, którego nikomu nie będziesz życzyć. Nie jestem pewien, czy to mi kiedykolwiek pomoże. Ale to była próba i wygląda na to, że udało mi się ją przejść, zgodnie z planem. A zacząłem planować już w izolatorze. Potem organizm podświadomie pochwycił się za wszystkie te rysunki, książki, czytanie. Zacząłem trochę fizycznie się sobą zajmować. Tam izolacja była pełna i zostałem sam ze swoimi myślami: „Mam 47 lat i plus 20… Kurde, to ile będzie miał Maksim (syn Suszczenko, który miał 9 lat w chwili zatrzymania), kiedy wrócę. Ale nie zobaczę, jak rośnie. W tym kontekście oczywiście straciłem czas przez te wszystkie trzy lata.

- Roman, chcę zadać pytanie, na które nie możemy odpowiedzieć sobie przez wszystkie te trzy lata, dlaczego pojechał Pan do Moskwy? Z kim się Pan spotykał, kiedy Pana aresztowano?

- Pojechałem do Moskwy w sprawach rodzinnych. Pojawiła się pilna potrzeba pomocy krewnym. Po rozwiązaniu niektórych problemów spotykałem się ze starym znajomym. Jest żołnierzem, służącym w wewnętrznych wojskach. Znam go od wielu lat. Spotkaliśmy się na jego prośbę.

- To ten, którego Mark (Feygin - red.) nazywał twoim „kumem” ?

- Tak

- Więc chrzcił Pan jego dziecko?

- Tak, ogólnie rzecz biorąc, ta historia jest biblijna - o zdradzie, z Kainem i Ablem. Ale nie miałem o niczym pojęcia. W rzeczywistości, jak się później okazało, była to wyrafinowana, podstępna i zimnokrwista prowokacja przeprowadzona przez rosyjskie służby specjalne. Podczas spotkania on wsunął mi dysk, niby to zdjęcia rodzinne, które w trakcie śledztwa „zamieniły” się w jakąś tajną informację o szkoleniu żołnierzy służb wewnętrznych i sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

Po schwytaniu, podczas dochodzenia, znajomy pyta oficera zespołów specjalnych: „ I co, warto było, czy nie?”. A odpowiedź brzmi: „Wszystko świetne!”. Potem zdałem sobie sprawę, że było to zaplanowane i planowano to przez długi czas. Nie wiem, dlaczego to zrobił i jaka była jego motywacja, ale podejrzewam, że mógł być „na haczyku”.

- Czy można powiedzieć, że przyczyną mogły być Pana antyrosyjskie publikacje?

- Nie wykluczam tego.

- FSB poinformował również, że zbierał Pan informacje o siłach zbrojnych Federacji Rosyjskiej …

- To jest wersja dochodzenia. Podali nawet jako dowód niektóre wiadomości, które pisałem dla Ukrinform na temat Francji, które są publicznie dostępne na naszej stronie. Są to oficjalne oświadczenia François Hollande, Ministerstwa Spraw Zagranicznych Francji, francuskich ekspertów i nie tylko.

- A więc cała ta operacja została zaplanowana nie na kilka dni do Pana przybycia do Moskwy, ale na długo przed podróżą. Tak czy nie? I po drugie . Oczywiście musi Pan kilkakrotnie odpowiadać na to pytanie: Czy zdawał Pan sobie sprawę, że Rosja jest krajem, z którym walczymy, i czy warto było tam jechać pomimo wszystkich problemów?

- Jeśli chodzi o pierwszą część pytania, tak, było widać, że operację tę planowano co najmniej rok lub dłużej. A co do tego, czy warto było jechać czy nie - to była błędna decyzja. Ale co zrobisz, nie jestem w stanie cofnąć czasu. Co się stało to się stało. To było oczywiście wielką tragedią dla mojej rodziny i stratą czasu. Ale musimy patrzeć w przyszłość!

- Więc teraz o przyszłości. Oczywiście, wyszedł Pan po tych latach jako inna osoba. A biorąc pod uwagę to bardzo specyficzne doświadczenie, czy zamierza Pan je jakoś wykorzystać? Być może będzie to jakaś działalność na rzecz praw człowieka, odnośnie tych więźniów, którzy pozostali? Być może publikacje na temat więźniów? A może działalność publiczna? Lub polityczna?

- Rozumiem wasz apetyt na to. Jednak nie podjąłem jeszcze decyzji. Najważniejsze jest teraz, aby rozwiązać wszystkie pytania związane z badaniami lekarskimi, podleczyć się, zmienić żarówki w domu, gwoździe gdzieś tam powbijać, jakieś domowe sprawy… A potem będzie wiadomo. Oczywiście planuję wrócić do agencji (Ukrinform – red..). Planuję podzielić się tym doświadczeniem w formie pisemnej i wideo. Podzielę się nawet niektórymi eksponatami muzealnymi, dodam kilka ciekawych eksponatów do muzeów w Kijowie. Z przyjemnością podzielę się tymi informacjami.

A jeszcze zostało tam prawie 100 osób. Muszą zostać zwolnieni. Dlatego proszę, jestem otwarty i gotowy do podzielenia się moim doświadczeniem. Mam wizję, jest ona wąska, ponieważ przebywałem w więzieniu. A jak działać na wysokich szczeblach, nie należy już do moich kompetencji. Ale jeśli pojawią się jakiekolwiek pytania, chętnie się podzielę.

Jeśli chodzi o społeczną aktywność, istnieją takie intencje.

Niektóre systemy wsparcia już istnieją. Kiedy jechaliśmy z resztą naszych „braci po nieszczęściu” w autobusie, rozmawialiśmy. Okazuje się, wszyscy siedzieli w różnych koloniach, specyfika w każdej była inna, ale wszyscy mówili, że mieli wsparcie. Ktoś przekazywał jedzenie, ktoś pisał, ktoś przychodził i mówił, że nie zapomniał o tobie, że o nas mówią, martwią się i kibicują. Ale są też inni ludzie, do których nie ma takiej uwagi i każdy ma swoją historię. Myślę więc, że musimy wyostrzyć tą uwagę. Jako alternatywę wspomniałem wcześniej w wywiadzie dla naszej agencji, mam pomysł, aby zlicytować moje prace i przekazywać zebrane fundusze na konto organizacji, która opiekuje się jeńcami i więźniami politycznymi. Mam kilka pomysłów i mam wielką nadzieję, że z waszą pomocą spróbujemy również zrealizować ten projekt.

Jeśli chodzi o przyszłość polityczną... nie myślałem o tym, ponieważ jest to taka arcytrudna sprawa.

- Kiedy Pan mówił o swoim zatrzymania , powiedział Pan, że zrozumiał, że jest to początek piekła. Jak to jest – powrócić z piekła? Jak tam te kilka dni na wolności? Widział już Pan swoją matkę?

- W rzeczywistości nie do końca zdałem sobie sprawę z tego, co się stało. Z przyzwyczajenia budzę się o 5 rano - jak w izolatorze, jak w Utrobino. Organizm i zegar biologiczny działają, jak tam - kwas żołądkowy jest wydzielany o określonych godzinach. Odpowiednio, o godzinie 9 oczy już się sklejają, no i świadomość jest trochę opóźniona. Dzisiaj dostałem telefon, dostałem go od moich rodziców i próbowałem sobie przypomnieć, jak pisać SMS-y, ponieważ przez trzy lata nie miałem w ręku żadnych gadżetów, z wyjątkiem słuchawek z telefonu.

Szczerze mówiąc, próbowałem się uśmiechnąć, przytulić. Ale czuję, że nie jest to tak szczere, że odczuwa się jakieś zmęczenie, jakby się przepracowało. I patrzysz na ludzi, których znasz, przypominasz sobie ich imiona i nazwiska, ale odczuwasz smutek, pustkę i jeszcze na razie nie można ich wypełnić.

Oczywiście istnieją plany - z synem, z córką, z rodziną pobyć. Zadzwoniłem do matki, jak tylko przybyłem, ale reakcja była inna niż u wszystkich, reakcja była okropna! Wiem, że tydzień temu pojawiły się już doniesienia (o powrocie kremlowskich więźniów politycznych na Ukrainę - red.). Mówili: „Już lecą!” A starsza osoba już się nastawiła i to wszystko nagle się skończyło… I teraz znowu. Jaki to dla niej stres ... Mówię: „Mamo, wróciłem, przyzwyczajaj się do tej myśli po cichu, zadzwonię do ciebie za kilka godzin ...”. Dobrze, że był tam starszy wnuk. W ciągu kilku godzin ponownie zadzwoniłem do matki, a ona trochę się uspokoiła i rozmawialiśmy mniej więcej.

- Bez wątpienia liczył Pan każdy dzień spędzony za kratami, proszę powiedzieć nam, który z nich był najtrudniejszy?

- Tak, to 1070 dni. Najtrudniejszych było kilka. Oczywiście był to pierwszy dzień, kiedy wszystko było tak nagłe, a stres tak szalony. Kiedy zdałem sobie sprawę, że wszystko się skończyło, że to koniec. I bałem się, ponieważ nie miałem zbyt wysokiego progu bólu, więc największy strach polegał na tym, że martwiłem się czy wytrzymam ten fizyczny ból.

Potem, podczas kwarantanny było trochę łatwiej. Nawet książkę dali. A potem, w przeddzień weekendu, przyszli do mnie członkowie fundacji OR - Zoja Swietowa, a następnego dnia - Olena Majsiuk z „Nowej Gazety”. Potem poznałem Marka Feygina i zdałem sobie sprawę, że nie zostałem sam z diabłem.

Drugim trudnym dniem było samobójstwo w Lefortowie. Za paragraf z narkotyków jeden więzień siedział w areszcie na przeciw mojej celi. A wieczorem, kiedy zbierano śmieci i mieliśmy otwarte okienka dla jedzenia, słyszymy krzyk: mężczyzna powiesił się. Najbardziej uderzył mnie nie fakt śmierci, ale fakt, że jego ciało zostało załadowane na te same wózki, z których otrzymywaliśmy jedzenie.

… A trzecim przypadkiem jest przewiezienie (do kolonii) w „Stołypinie” , kiedy nas upchali do wagonu jak śledzie na całe 28 godzin, i Kirowski dworzec.

Zrozumcie, byłem w izolacji przez 2 lata, miałem ograniczony kontakt - adwokat, konsul i sąsiad. I tu wsiadam do wagonu „Stołypin”. Zabrano mnie z „Matroskiej ciszy”, a z innego aresztu - „Medvedkova” - 13 zahartowanych mężczyzn. Kiedy zobaczyłem tę masę ludzi, zdałem sobie sprawę, że towarzystwo nie jest fajne. W oczekiwaniu na jakieś ruchy faktycznie spałem przez te 28 godzin, kiedy wyjeżdżaliśmy z Moskwy.

A potem, kiedy nas przewożono ze stacji. Cały wagon z więźniami został rozładowany i zakuty w kajdany... strażnicy, psy dookoła, polecenia były szorstkie. I wszystkich rzeczy - 2-3 walizki. I nawet lód był, wszystko było zamarznięte, można było upaść. Zostaliśmy ustawieni w szeregu, a następnie do busu. A przed nami wysadzili więźniów z innego wagonu. Byli to tak zwani „polosatyki”, to znaczy więźniowie, którzy mieli na koncie wiele różnych przestępstw i specjalny reżim. Ich najpierw zawieziono i konkretnie się znęcano... krzyczeli na nich, jakby to nie byli ludzie. A wszystko to działo się na naszych oczach – taki rodzaj presji psychologicznej. Ale najbardziej uderzyło to, jak oni wyglądali. Nie można ich nawet nazwać żywymi stworzeniami - bladzi, z oczami wypełnionymi takim przerażeniem, że ostro to czułem.

Były trzy takie przypadki. A potem, kiedy się do tego przyzwyczaisz, patrzysz i wiesz, czego oczekiwać od innych w kolonii, było to trochę łatwiejsze.

- Jak Pan uważa, co pomogło Panu przetrwać te wszystkie próby, co dało Panu siłę?

W kolonii przeprowadzano testy psychologiczne. Mają pewne techniki, jakieś testy Lushera, czy inne, ponad tysiąc pytań, aby wykazać agresję, skłonność do samobójstwa. Pisałem odpowiedzi, stawiłem krzyżyki. Pojawiały się takie pytania: „Czy potrafisz pokroić kurczaka?” A potem, po 20 pytaniach: „Czy możesz zabić baranka?” A kiedy po 4 miesiącach otrzymałem wyniki, pomyślałem: „Co ja tu robię? Przynajmniej powinienem zostać członkiem grona astronautów. Oznacza to, że nie znaleźli żadnych odchyleń psychologicznych i myślę, że ratowało mnie też podejście z humorem do niektórych trudnych sytuacji.

- Mówił Pan o rysunkach. Cały świat w tym smutnym okresie widział niesamowite Pana rysunki, które stworzyły z Pana artystę. Czy to było tylko terapią? Czy jeszcze zobaczymy Romana Suszczenkę jako artystę i czy nadal będzie Pan pracować?

- Może tworzyłbym wcześniej, ale działalność dziennikarska jest taka, że ​​tak naprawdę nie ma czasu. Ponadto jestem krytyczny wobec mojej pracy, nie pretenduję na jakieś wyżyny w dziedzinie malarstwa. Jeśli chodzi o plany, zależy to od tego samego czasu i inspiracji.

Nawet z korespondencji czerpałem energię i inspirację. Ponieważ ktoś napisze coś interesującego, odpowiesz - a to takie psychologiczne, że z jakiegoś powodu chcesz rysować! Ponadto zasubskrybowałem tam niektóre rosyjskie publikacje. Celowo. Niektóre były propagandowe, a inne mniej lub bardziej wyważone, ze zdjęciami, rysunkami i reklamą. A ponieważ prawdziwy świat był ograniczony do czterech ścian i nie można go było wyciągnąć z wyobraźni, wykorzystałem go, a wszystko to przekazałem na papierze atramentem i przy pomocy naturalnych barwników.

- Jako farby Pan używał łuski cebuli, keczupu. Czego dokładnie używał Pan do stworzenia tych prac?

- Były eksperymenty. Po pierwsze - kulkowe czarno-niebieskie długopisy, ołówek. Gumka była zabroniona, więc musiałem wyciąć kawałek gumowej podeszwy z kapci i dokładnie ją umyć. Papier był zwyczajny, więc nie można było wyrazić na nim czegoś niezwykłego. Robiłem, co mogłem. Pierwsze rysunki były dwukolorowe, a potem sobie przypomniałem: po pierwsze pijesz herbatę - jeden kolor, a po drugie pamiętam kolorowe pisanki mojej babci, gdy były farbowane łuskami cebuli, więc postanowiłem i to zastosować. Były tabletki, które dały żółty kolor - wydaje się, że furacillin. W związku z tym dostępnych było już kilka kolorów: niebieski, czarny, żółty w kilku tonach i biały(od papieru). Później eksperymentowałem z marchewką, ale był tam niestabilny kolor, szybko blakł. Próbowałem z sokiem z buraków, był nasycony. To dopóki konsul nie przyniósł mi pasteli, a potem Mark, adwokat, również akwarele. I to było odkrycie! Z drugiej strony trochę inny styl. Oznacza to, że wszystko odbywało się w formie eksperymentu i jakoś intuicyjnie do tego podszedłem, chociaż nie znam receptur starożytnych farb ...

- Wynik jest bardzo dobry, dziękujemy i życzymy tylko dobrej inspiracji dla następnych rysunków!

Ukrinform

Ukrinform

Przy cytowaniach i wykorzystywaniu dowolnych materiałów w Internecie, dostępnych dla wyszukiwarek, obowiązkowy jest odnośnik na pierwszy akapit «ukrinform.pl», jednocześnie cytowanie tłumaczeń materiałów z zagranicznej prasy jest możliwe tylko pod warunkiem umieszczenia odnośnika do strony ukrinform.pl oraz na stronę tego wydania. Cytowanie i wykorzystanie materiałów w offline mediach, aplikacjach mobilnych, SmartTV jest możliwe wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody Ukrinformu. Materiały oznaczone jako "reklama" i "PR", jak również materiały w bloku "Komunikat prasowy" są publikowane na prawach reklamy, i odpowiedzialność za ich treść niesie reklamodawca.

© 2015-2019 Ukrinform. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projektowanie stron internetowych - Studio «Laconica»

Wyszukiwanie zaawansowaneUkryj wyszukiwanie zaawansowane
W przeciągu jakiego okresu:
-