Roman Bałajan, reżyser filmowy, scenarzysta, producent
Nigdy nie kręcę według scenariusza. Zawsze coś zmieniam.
wywiad 20.04.2026 13:22
Roman Bałajan, reżyser filmowy, scenarzysta, producent
Nigdy nie kręcę według scenariusza. Zawsze coś zmieniam.
wywiad 20.04.2026 13:22

Nakręcił filmy, które stały się klasyką, ale sam twierdzi, że nie potrafi ich oglądać. Unika kin, ale subtelnie analizuje współczesną reżyserię. Nie kręci filmów o wojnie – choć sam w niej żyje.

Roman Bałajan obchodził swoje 85. urodziny bez patosu – ale z tą samą wewnętrzną wolnością, która uczyniła go jednym z najbardziej rozpoznawalnych reżyserów ukraińskiego kina. Genialny artysta, który przeżył różne epoki, nie stracił zdolności do wątpliwości, kłótni i podziwu. To właśnie jego żywa obecność w zawodzie.

Przeczytaj o pełnowymiarowej inwazji, kinie i życiu bez upiększeń w naszym obszernym wywiadzie, nagranym z okazji rocznicy urodzin Romana Gurgenowicza, którą obchodził 15 kwietnia.

– Romanie Gurgenowiczu, w jaki sposób wojna zmieniła Pana spojrzenie na kino i rolę reżysera w społeczeństwie?

– Osobiście właśnie stałem się bardzo odpowiedzialnym obywatelem Ukrainy. Do lutego 2022 roku byłem reżyserem, latającym albo w chmurach, albo gdzieś w pobliżu. A teraz, jak wszyscy – czy coś wleci do domu, czy nie… tak to już jest… wojna. 22 lutego 2022 roku udzieliłem wywiadu gazecie „Nowe Wriemia”, w którym mówiłem o tym, co nadchodzi na Ukrainę, i nazwałem Putina szatanem. On nie jest człowiekiem. I nawet jeśli umrze, jego cień będzie wisiał nad wszystkimi jeszcze długo, bo zrodził takich jak on.

Teraz czas na filmy dokumentalne, a nie fabularne. Trzeba je nakręcić w pełni. I od dawna powtarzam i powtórzę raz jeszcze, że nie mogę nakręcić filmu o wojnie. Kiedyś, w 1986 roku, Pawło Lebeszew, znakomity operator, z którym pracowałem, zadzwonił do mnie z Niemiec i powiedział: „Romko, jeden z producentów powiedział, że jeśli Bałajan zechce nakręcić „Czterdzieści dni Musa Daga”, dostaniesz siedemdziesiąt tysięcy franków, a ja trzydzieści tysięcy”. Odpowiedziałem: „Pasza, ja nie kręcę o wojnie. Nie mogę. Nawet jeśli zaoferują duże pieniądze. I chodzi właśnie o wojnę, o 53-dniową obronę Ormian na górze Musa Dag podczas ludobójstwa w 1915 roku”. Powiedział mi: „A więc nie jesteś Ormianinem!”. Taka była historia. I teraz ja też nie mogę kręcić o wojnie. To nie moja sprawa.

SZCZERZE MÓWIĄC, MAŁO OGLĄDAM FILMÓW. LEPIEJ PÓJDĘ DO GALERII LUB DO FILHARMONII

– Kino ukraińskie przeżywa dziś jakościowo nowy etap, jedni coś krytykują, inni chwalą – ale jak Pan to ocenia?

– Szczerze mówiąc, niewiele oglądam. Kiedy mnie zmuszają (śmiech). Nawet nie chodzę do kina. Ale opowiadają mi o niektórych filmach i wiem, o czym są, a jeśli je oglądam, to jestem ciekaw, jak są zrobione. Jeśli po trzech minutach widzę, że to zwykły film komercyjny, to po co oglądać dalej? Znam treść, co jeszcze mi tam powiedzą? No cóż, aktorzy pewnie grają dobrze, co jeszcze? Nie interesuje mnie to. Wolę pójść do galerii albo filharmonii, zobaczyć coś, czego sam nie potrafię.

– Nie chodzi więc o to, że film nie jest interesujący, ale po prostu nie interesuje oglądanie filmów w ogóle?

– Tak. Ale mogę oglądać filmy artystyczne, westerny, filmy akcji. Z jakiegoś powodu mnie to fascynuje. Na przykład oglądam boks. Wszyscy oglądają piłkę nożną, a ja oglądam boks. Uważam to za interesujące.

Ale z filmów ostatnich dwudziestu lat wciąż mogę wyróżnić dwa: „Do domu” Narimana Alijewa – bardzo mocny film i kolejny po prostu superfilm – „Plemię” (reż. Myrosław Słaboszpycki – red.). Bardzo oryginalne kino. „Plemię” z jakiegoś powodu nie podoba się wielu osobom, ale wiecie, co w nim jest? Świadome opóźnienia i świadomy brak zbliżeń. To mocno odczuwalne. Widzę to, chociaż ten facet kiedyś coś o mnie powiedział. Ale potrafię abstrahować od spraw osobistych. Obejrzałem jego film i muszę powiedzieć, że jest klasowy. Wcześniej nakręcił krótkometrażowy film „Odpady nuklearne” – również bardzo ciekawy.

– Z pewnością dla mistrza twojego poziomu, który nakręcił tyle filmów i takich filmów, trudno jest czuć się tylko widzem? Zawsze profesjonalnym?

– Nie, potrafię się podniecać. Może kogoś uraziłem, nie wymieniając z imienia i nazwiska. Ale ja po prostu nie oglądam. Niektóre filmy, dokumenty są chwalone, nie widziałem ich, ale cieszę się, że istnieją. To dobrze. Poza tym nasze filmy są doceniane na festiwalach tylko wtedy, gdy poruszają tematykę wojenną.

W FILMIE „JESTEŚMY. JESTEŚMY BLISKO” TRZECIM GŁÓWNYM BOHATEREM JEST MIASTO KIJÓW

– W filmie „Do domu”, o którym pan wspomniał, Akhtem Seitablayev zagrał jedną z głównych ról. Więc to chyba nie przypadek, że obsadziliście go w filmie „ Jesteśmy. Jesteśmy blisko ”? Czy rozpoznał go pan w tej roli?

– Była taka zabawna historia. Planowałem innego aktora do tej roli. Nagle zadzwonił Akhtem Seitablayev: Czy mogę iść na przesłuchanie? A ja nie byłem na przesłuchaniu od dawna. Na początku byłem nieufny, bo wiedziałem, że to mąż Iwanny Diadiury (producentki filmu – red.), a wtedy nie wiedziałem, że się rozwodzą. Pomyślałem sobie: po co takie rzeczy? Ale spotkaliśmy go w restauracji, pewnie się martwił. Zapytał: „Kiedy mogę przyjść na przesłuchanie?”. Powiedziałem: „Spokojnie, już cię zaakceptowałem”. I jestem bardzo zadowolony z jego pracy aktorskiej. Wiele osób z jakiegoś powodu wątpi w jego rolę, ale ci, którzy nie znali go z innych filmów, są zachwyceni. Na przykład znany krytyk filmowy Andrij Płachow powiedział, że Seitablayev podobał mu się bardziej niż jego partnerka w filmie Kateryna Mołczanowa. Chociaż jest niesamowita.

Wtedy, w 2020 roku, w ogóle nie zamierzałem kręcić filmu, miałem pieniądze, miałem własne studio. Szedłem ulicą, spotkałem Jewhena Niszczuka (ówczesnego ministra kultury), a on powiedział: „Panie Romanie, dzień dobry, ma pan scenariusz?”. Zapytałem: „W jakim sensie?” – „Ale teraz Państwowa Agencja Filmowa będzie przeznaczać środki na kino i chcielibyśmy, żeby pan nakręcił film”. Odpowiedziałem, że teraz modny jest temat patriotyczny, a ja takiego scenariusza nie mam. Ale Nyszczuk zapewnił mnie, że w moim przypadku to nie ma znaczenia. Ostatecznie film został zatwierdzony i musiałem go nakręcić (śmiech). Zakładałem, że wielu osobom ten film może się nie spodobać, ale od 20 minuty wręcz mi się podoba.

– I ma szczęśliwe zakończenie, jeśli dobrze zrozumiałam?

– Chyba tak. Ale „bawiłem się” z producentem w kwestii dystrybucji. Puściłem ścieżkę dźwiękową ze ślubu. Nie powinienem był tego robić. Mam inną wersję, swoją własną. Zegar tyka. Daleko, daleko stąd. A on go niesie, niesie… W filmie jest też trzeci główny bohater – to miasto Kijów. Mój Kijów.

– Bardzo ładne ujęcia miasta, zwłaszcza te, gdy tańczą na moście.

– A potem jest jeszcze jedno ujęcie mostu z oddali, gdzie idzie para – mężczyzna i kobieta. To moja włoska producentka Silvia D'Amico Bendico, z którą nakręciliśmy „Powiatowa Lady Makbet”. Ogólnie rzecz biorąc, miałem bardzo dobrego artystę, dobrego operatora, dobrego kompozytora.

NIGDY NIE FILMUJĘ WEDŁUG SCENARIUSZA. ZAWSZE COŚ ZMIENIAM.

– Ciekawe, że film został nakręcony w czerni i bieli. To było dla mnie trochę nieoczekiwane.

– Z trudem to osiągnąłem! Państwowa Agencja Filmowa tego nie chciała, martwili się o dystrybucję, bo to film fabularny. A odkąd pisałem pracę magisterską, marzyłem o tym, żeby znowu zrobić film czarno-biały… Bo kolor to życie, a czerń i biel to zupełnie co innego. Kino kolorowe wymyślili Amerykanie dla dystrybucji, dla życia. A kiedy wszystko jest czarno-białe – natura, twarze – Boże, to ktoś, to coś, to nie ty i nie ja, to my – inni.

Mieliśmy wspaniałego operatora, Jurę Korola, i to on zasugerował, że w Europie są trzy kamery filmowe, które kręcą w czerni i bieli. Wyobraźcie sobie! Myśleliśmy o kręceniu w kolorze, a potem robieniu reprodukcji. Dlatego wszyscy są zdumieni niezwykłą jakością obrazu. A wszystko dlatego, że film został nakręcony od razu na czarno-białej kamerze, która widzi wszystko inaczej. Dotyczy to również fotografii czarno-białej. To już jest coś skądś. Rozumiecie? To już jest pewne przesłanie. To jak kulisy w teatrze, gdy są zamknięte, zastanawiasz się: co tam jest? Otwierają się – i są aktorzy – nie życie.

Był spektakl pod tytułem „Tewje-Tewel” – wszyscy byli nim zachwyceni, oprócz mnie. Genialna scenografia mojego przyjaciela Danyła Lidera – Droga Mleczna, Krynka – i gra aktorów jest zbyt realistyczna, codzienna. Zaprawa murarska jest tam oczywiście dobra. Ale moim zdaniem, do takiej scenografii trzeba grać inaczej. Powinien być teatr, potrzeba więcej teatralności! A nie ma. Gdyby tylko kulisy się otworzyły i była tylko scenografia, mógłbym oglądać to godzinami, wnosi tyle…

– Czy często chodzi Pan do teatru?

– Jeśli mnie zmuszą (śmiech). Chociaż teatr jest dla mnie bardziej niż kino. Kiedyś, w 1993 roku, nakręciłem telewizyjne wersje sztuk „Anfisa” i „Kto się boi Virginii Woolf?”. Zaproponowali mi wtedy wystawienie sztuki, powiedziałem, że to nie moje. Namówili mnie. Powiedziałem, żeby mi przysłali sztuki. Przysłali ze dwadzieścia. Nie moje. Wybrałem jedną – nie wypaliła. Musiałem wystawić kolejną, o co bardzo mnie proszono. Zaczęli pracę i… miałem szczęście – zachorowałem i przekazałem dokończenie produkcji mojemu asystentowi. Dokończyli ją, a nawet raz ją wypuścili (śmiech).

– Często jest Pan scenarzystą swoich filmów. Dlaczego?

– Powiem  więcej, we wszystkich moich filmach, gdzie nie jestem nawet wymieniony jako scenarzysta, jestem współautorem scenariusza. Wszyscy wiedzą, że nigdy nie kręcę na podstawie scenariusza. Zawsze coś zmieniam. Czy to dobrze, czy źle, to już inna kwestia.

– A jak aktorzy się z tym czują? Uczą się ról, a ty dosłownie coś zmieniasz na planie… 

– Przygotowują się do ról w domu według własnego schematu. Wszyscy, bez względu na to, jak świetnymi aktorami są. Ale dlaczego wszyscy chcieli grać w moich filmach? Bo uszyłem im inny schemat – swój własny! Oleg Jankowski zagrał w sześciu moich filmach – czterech z rzędu, a potem w dwóch epizodach. Jest dobry w filmach innych reżyserów, ale w moim – jest inny, a w każdym z moich filmów jest za każdym razem inny.

NIE MOGĘ OGLĄDAĆ SWOICH FILMÓW, NIE UMIEM ICH OGLĄDAĆ

– Czy jest coś, czego Pan nie nakręcił, a teraz żałuje?

– Tak. Miałem nakręcić ormiański film w 1979 roku na podstawie książki „Kobieta bawół” genialnego ormiańskiego pisarza Hranta Matewosjana. Ormianie tego nie zaakceptowali, choć składałem scenariusz dwa razy. 

Chciałem nakręcić film na podstawie powieści Maksa Frischa „Powiedzmy Gantenbein”. Och, cóż to byłby za film! Ale w ZSRR nie dało się go nakręcić, bo nie spełniał ówczesnych sowieckich standardów. A wymyśliłem do niego takie rzeczy, że nawet Włosi „przeżywali” – Mastroianni błagał o główną rolę. Minęło 20 lat, Philip Jankowski zadzwonił do mnie: „Wujku Rom, czy mogę to zrobić, a ty będziesz dyrektorem artystycznym?”.

– Dlaczego więc nie nakręcono go ostatecznie?

– Producent zadzwonił do młodej wdowy po Maksie Frischu, a ona zażądała 500 000 dolarów za prawa do filmu. Dziwna kobieta. Film kosztował 480 000 dolarów. Oczywiście odmówiliśmy.

Bardzo żałuję, że nie nakręciłem tych dwóch filmów. Gdybym je nakręcił, byłbym innym reżyserem, a nawet sam bym je polubił (śmiech). Pochwaliłbym te dwa filmy.

– Panie Romanie, ma się pan czym chwalić i czym być dumnym!

– Wiesz, nie mogę oglądać swoich filmów, nie wiem, jak je oglądać. Pamiętam, jak na jakimś spotkaniu krytykowano „Guard Me, My Talisman”, a ja powiedziałem: „Młody człowieku, gdybyś dostrzegł w moich filmach te same wady, co ja, byłbyś nieoceniony!”. Bo jak je oglądam, to myślę: ojej, nie dokończyłem, ojej, za długie. Można zwariować, jak się na nie patrzy!

To prawda, mam film dokumentalny, który, jak twierdzę, jest chyba najlepszym, jaki kiedykolwiek nakręciłem. To film o ukraińskim artyście awangardowym Anatolu Petryckim, który nakręciłem w 1970 roku. Nie został on zaakceptowany przez Państwową Komisję Filmową i zakazany był przez studio Ukrkinohronika. Film nie miał narracji z offu, tylko skomplikowaną sekwencję wideo – innowacja w ówczesnym filmie dokumentalnym. Byłem tak pomysłowy i „chuligański”, że nazwali go „antyradzieckim”, „perwersyjnym” i nakazali go zniszczyć. Ówczesny dyrektor studia potajemnie dał mi dwie kopie. Zmusili mnie do ponownego nakręcenia filmu według sowieckich „standardów” – klatka po klatce, narracja z offu – jakieś slajdy z dzieł Petryckiego. Ale nie pamiętam, komu dałem te dwie kopie! No cóż, zniknęły w jakichś pudłach, rozumiesz? Nawet jeśli wezwiesz jasnowidzów. I nadal byłem z niego dumny, Paradżanow go lubił.

W CZASACH REŻIMU TOTALITARNEGO DOBRE FILMY RODZIŁY SIĘ W CENZURZE

– Dziś trudno sobie nawet wyobrazić, jak pracowali wówczas reżyserzy, skoro żaden z nich nie był w stu procentach pewien, że nie znajdzie w filmie niczego, co mógłby „złapać”.

– Dlatego wtedy powstawały takie dobre filmy! Bo za czasów totalitaryzmu rodziły się na sprzeciwie. Tego nie wolno, tego zabrania się, tego się nie robi, bo się nie przyjmie – i to zrodziło inny sposób myślenia, inny kierunek. Pamiętam, jak w 1987 roku, już za Gorbaczowa, w okresie pierestrojki, spotkałem reżysera Aleksieja Germana, a on powiedział: „Romko, o czym będziemy kręcić? O miłości, czy o czym? W pewnym sensie nie ma cenzury, rozumiesz. Bo wszystko wtedy na nim się opierało”.

– Panie Roman, na początku rozmowy powiedział pan, że od czasu napisania pracy magisterskiej chciał pan nakręcić czarno-biały film. Obejrzałam pańskiego „ Złodzieja ” przed naszą rozmową. Robi wrażenie!

– Gdzie go widziałaś?

– Znalazłam odrestaurowaną wersję, zrealizowaną przez Studio Filmowe im. Ołeksandra Dowżenki przy wsparciu Stowarzyszenia „Zobacz Ukrainę!”. I to jest prawdziwy przykład poetyckiego kina ukraińskiego.

– Czy wiesz, że instytut nie chciał zatwierdzić mojej pracy dyplomowej? Krytykowali ją, mówili, że to „profanacja ukraińskiej grupy etnicznej” – biją chłopaka, za co go biją? Po pierwsze, wszystko opiera się na filmie Marka Czeremszyny („Złodziej został złapany”). No cóż, oczywiście, połowę sam wymyśliłem. I gdyby nie Mykoła Maszczenko (ukraiński reżyser filmowy, scenarzysta, pisarz, profesor, jeden z przedstawicieli fali „ukraińskiego kina poetyckiego”. Maszczenko pracował wtedy w Kijowskim Studiu Filmów Fabularnych – red.), wszystko z tym dziełem mogłoby potoczyć się inaczej. Zaproponowano mi, żebym poprosił Kolę o obejrzenie „Złodzieja”, bo dzięki jego opinii film mógł zostać zatwierdzony. Był koniec 1969 roku, spotkałem się z nim i powiedziałem: „Chcę ci pokazać mój film dyplomowy, bo jest problem, nie jest zatwierdzony”.

– I co odpowiedział?

– Kola to po prostu genialny facet, mówi: „Roma, daj spokój, nie będę tego oglądał, bo nagle przestanie mi się podobać. Ale napiszę o tym bardzo dobrze!”

GDYBY NIE PARADŻANOW, BYŁBYM GORSZYM REŻYSEREM. ZAZDROŚCIŁEM, A JEDNOCZEŚNIE BYŁEM PELEN PODZIWU DLA JEGO IMPROWIZACJI

– Wszędzie twierdzi Pan, że uważa się za ucznia Siergieja Paradżanow. Tak to brzmi. Dlaczego? Czy Paradżanow nie uważał cię za swojego ucznia?

– Uważał. Ale ja jestem jego nieoficjalnym uczniem. I gdyby nie Paradżanow, byłbym gorszym reżyserem. Zazdrościłem i jednocześnie zachwycałem się jego improwizacjami – coś takiego można wymyślić tylko w rok, a on – w minutę, w sekundę! Chyba ta zazdrość i zachwyt nad tym, jak tworzy, uczyniły ze mnie pewnego reżysera. Osobę niezależną, niebezpiecznie wolną. Taki tytuł dałem reżyserowi Romanowi Szirmanowi do dokumentu o Paradżanowie – „Niebezpiecznie wolny człowiek”. Czasami jego goście wychodzili pod różnymi pretekstami, bo miał na sobie coś takiego! Komuniści, faszyści. I ludzie rozumieli, że KGB mogło później powiedzieć: „Byłeś tam, słuchałeś tego”. A on? On jest wolny. Nie było drugiego takiego w Kijowie.

– I czy on może się pojawić? Taka odwaga, taki błyskawiczny talent?

– Może za 20–30 lat… Kiedy Ukraina nikomu się nie ugnie – co powie Rosja (jak dawniej), co powie Europa, co powie Ameryka (jak teraz). Wśród filmowców panował wielki konformizm. A ja między 1977 a 1981 rokiem nic nie nakręciłem. Chociaż proponowano mi zdjęcia o górnikach, hutnikach. Nie mogłem być biedny. Przedstawiłem cztery scenariusze, które nie zostały zaakceptowane. Moja żona to tolerowała, a ja miałem już wtedy syna i córkę. Nie kręciłem, ale wiele osób się na to zgodziło. Nie podoba mi się to.

MŁODY REŻYSER MUSI UWAŻAĆ SIĘ ZA GENIUSZA I ŻE NIE JEST ROZUMIANY

– Czego życzyłby Pan młodym reżyserom, którzy dopiero zaczynają swoją karierę?

– Zawsze powtarzam, że młody reżyser powinien uważać się za geniusza i ze go nie rozumieją, nawet w trakcie studiów. Ja też tak czułem. Zresztą Paradżanow też. Lubił nazywać siebie „geniuszem”. Mówił tak od pierwszego roku i cokolwiek robił, niezmiennie powtarzał: „Genialnie, ty nic nie rozumiesz!”.

– Czyli instalacja jest ważna?

– Tak, dopóki nie zrozumiesz wszystkiego o sobie. W 1979 roku śniło mi się, że jestem zwykłym reżyserem i nie muszę się popisywać. Bo po „Odludku” (1977) zacząłem myśleć, że jestem już przyszłym Fellinim. Ale śniło mi się, że nim nie jestem… I stałem się normalnym człowiekiem rodzinnym, zacząłem myśleć o rodzinie, dzieciach. To było kilka lat przed „Lotami we śnie i na jawie”. Dlatego trzeba wierzyć w siebie! Przyjdzie czas, kiedy ta wiara zniknie. Ale na studiach – to wszystko. A kto mnie uczył? Nikt. Przyszedłem na trzeci rok reżyserii, nic nie wiedziałem.

NIE MA ŻADNEGO TALENTU. JESTEM SZCZĘŚCIARZEM

– Jak zdał Pan sobie sprawę, że chce zostać reżyserem filmowym?

– Od ósmej klasy marzyłem o zostaniu artystą filmowym. Podjąłem decyzję, przekonałem do tego wszystkich w klasie. I uczyłem się fatalnie, bo po co mi to potrzebne? Poszedłem złożyć podanie do WGIK-u. 10 sierpnia. Pusty korytarz. Nikogo. Przychodzi jakaś ciotka, pewnie sprzątaczka. Z kim jesteś? Zdaję egzamin wstępny. Młody człowieku, egzaminy zaczęły się 10 lipca i skończyły 20. I rodzice dali mi pieniądze! Oczywiście, że je wydałem. Wróciłem do domu i powiedziałem, że tegoroczne nabory zostały anulowane. A mój wujek, który był wtedy dyrektorem naczelnym miejscowego teatru, powiedział: „Na razie dam ci ekstra, a za rok pójdziesz i złożysz podanie”. I wtedy zaczynają się próby, siedzę w ciemnej sali, żeby oglądać aktorów, artystów, którzy grają. A reżyser zaczyna ich besztać: „Kto tak gra! To dama, a wy macie intonację kucharza! Co to jest? Kto wam dał kredyt?”. Słucham tego, młodego i śmiałego, i myślę: „Zaraz, jak zostanę artystą, to czy reżyserzy będą na mnie tak krzyczeć? To koniec, będę reżyserować!”. Przysięgam, tak właśnie wyglądałem jako reżyser.

– Jakże szczęśliwe były okoliczności.

–Jestem szczęściarzem. Całe życie żyłem skromnie: dostałem się do instytutu w Erywaniu, przeniosłem się tutaj, dostałem się do studia filmowego dzięki Maszczence. Mój pierwszy film też nakręciłem skromnie, ten beztalencie, ale byłem wtedy w długach. A kiedy mówią mi: „Roman Gurgenowicz, jesteś taki utalentowany”, odpowiadam: „Zapewniam cię, że nie ma talentu. Jestem szczęściarzem”.

JESTEM ODPOWIEDZIALNYM OBYWATELEM UKRAINY. NIE POZWOLĘ NIKOMU JEJ SKRZYWDZIĆ.

– W czym znajduje Pan ukojenie teraz, w czasie wojny? Jakich duchowych i materialnych rzeczy się Pan trzyma?

– Nie ma mowy. Nie puści mnie. Sprawia, że ​​nie mogę spać. Wszystkie uśpione choroby obudziły się we mnie przez te cztery lata. Co więcej, ostrzegała mnie intuicja. I na co możemy liczyć? Trump się trzęsie, Europa pomaga nie z miłości do nas, ale ze strachu przed tym nieprzewidywalnym krajem.

– Mimo wszystko jednak nigdzie tutaj na Ukrainie nie wyjechałeś, choć zapewne masz ku temu okazję.

– Niedawno spędziłem dwa miesiące w Erywaniu. I pięć miesięcy na początku pełnowymiarowej inwazji – z rodziną w Europie. Potem wróciliśmy na Ukrainę. To moja ojczyzna. Zarzucają mi, że mówię, że twoją ojczyzną jest Armenia. No to powiedz mi, że mam dwie ojczyzny! Mieszkam na Ukrainie 62 lata, czego ode mnie chcesz? Czasem próbują mnie zaczepiać, dlaczego nie znam języka ukraińskiego? Znam, ale wstydzę się mówić, bo mogą być pauzy, długie szukanie słów. Czemu mi to wypominasz? Janukowycz, przypomnij sobie, jak uczył się języka, mówił nawet lepiej niż Juszczenko w telewizji. I co?

Jestem odpowiedzialnym obywatelem Ukrainy. Nie pozwalam nikomu jej skrzywdzić. Oczywiście, mogę krytykować coś wewnętrznie, ale na zewnątrz, jeśli Bóg pozwoli, zawsze będę chwalił.

Lubow Baziw. Kijów

Zdjęcie Jewhen Kotenko

Przy cytowaniu i korzystaniu z jakichkolwiek materiałów w Internecie, dostępnych dla wyszukiwarek, obowiązkowy jest odnośnik na pierwszy akapit "ukrinform.pl", ponadto cytowanie tłumaczeń materiałów z mediów zagranicznych możliwe jest wyłącznie z odnośnikiem do strony ukrinform.pl oraz do strony internetowej zagranicznych mediów. Materiały oznaczone jako "Reklama" lub z oznaczeniem: "Materiał jest zamieszczany zgodnie z częścią 3 art. 9 ukraińskiej ustawy "O reklamie" nr 270/96-VR z dnia 3 lipca 1996 r. i ustawą Ukrainy "O mediach" nr 2849-IX z dnia 31 marca 2023 roku oraz na podstawie Umowy/faktury.

Podmiot z zakresu mediów internetowych; identyfikator nośnika – R40-01421.

© 2015-2026 Ukrinform. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wyszukiwanie zaawansowaneUkryj wyszukiwanie zaawansowane
W przeciągu jakiego okresu:
-