Damian Duda, polski ratownik medyczny w wojnie na Ukrainie - pseudonim „Lektor”
Polacy są gotowi zaryzykować życie, aby Ukraińcy byli wolnym narodem.
15.03.2023 12:12

Ukraina zbliża się do zwycięstwa w wojnie z Rosją także dzięki zagranicznym ochotnikom, którzy pomagają w walce z rosyjskim agresorem. Dość liczną grupę takich cudzoziemców stanowią obywatele Polski, kraju, który jako jeden z pierwszych przybył z pomocą Ukrainie. Nie chodzi tylko o tych, którzy trzymają broń w dłoniach, ale także o wielu ochotników i ratowników medycznych. Są też tacy, którzy od 2014 roku stoją ramię w ramię z Ukraińcami. Jednym z nich jest Polak Damian Duda („Lektor”), z wykształcenia historyk, z zawodu ratownik medyczny, który przez dziewięć lat wraz ze swoimi polskimi przyjaciółmi ratownikami ratował życie wielu ukraińskim żołnierzom na froncie rosyjskiej wojny z Ukrainą i nadal to robi.

Na początku roku Damian stał się bohaterem wideo, w którym ewakuuje samochodem ciężko rannego ukraińskiego żołnierza z pola bitwy, uspokajając go słowami: „Wszystko będzie dobrze, bracie, będziesz żył”.

W rozmowie z Ukrinform Damian podzielił się swoją historią i opowiedział, jak radykalnie zmienił swoje poglądy na temat Ukrainy i co skłoniło go do związania życia z naszym krajem na wiele lat.

MIT O TZW. BANDERYZMIE NA UKRAINIE ZNIKNĄŁ DLA MNIE W 2014 ROKU

- Damian, opowiedz mi o sobie?

- Mam 34 lata, z zawodu historyk. Ukończyłem Katolicki Uniwersytet Lubelski, obecnie wykładam w Lublinie na Uniwersytecie Skłodowskiej Curie. W 2017 roku zapisałem się również do tworzonych w Polsce Wojsk Obrony Terytorialnej.

- Jak trafiłeś na Ukrainę?

- Do 2014 roku byłem w organizacji, która uczyła studentów zdobywania umiejętności wojskowych, przygotowywała ich do służby wojskowej. Miałem wówczas radykalne poglądy prawicowe i wierzyłem w rosyjską propagandę głoszoną przez polskie radykalne środki masowego przekazu, że neobanderyzm narodził się na Majdanie. Kiedy wybuchła wojna, w maju 2014 zgłosiłem się na ochotnika, aby pojechać do Mariupola z polską organizacją, aby na miejscu poznać potrzeby Polonii. Potem pod koniec 2014 r. – na początku 2015 r. pojechałem do batalionu „Azow” szukać tam nazistów ( uśmiechy). Potem „Grady” spadł na Mariupol, zginęli ludzie. Właściwie wtedy zrozumiałem, kto jest agresorem, a kto się broni. Jednocześnie obaliłem dla siebie mit o tzw. banderyzmie na Ukrainie.

- Jak zrodził się pomysł zostania ratownikiem medycznym i powrotu na Ukrainę?

- Chciałem dowiedzieć się więcej o wojnie, o Ukraińcach, a polskie ustawodawstwo zabrania Polakom udziału w działaniach wojennych w obcej armii. Opieka medyczna była więc dla mnie bezpieczna w sensie prawnym. Nie mam wykształcenia medycznego, więc wyjeżdżając do Polski pogłębiłem swoje umiejętności paramedyczne. W 2015 roku wróciłem na Ukrainę, zabierając ze sobą kilku moich kolegów ratowników medycznych. Pojechaliśmy do Krzywego Rogu, gdzie batalion „Krywbas” i Prawy Sektor nauczali medycyny taktycznej. Następnie udaliśmy się do Pisków, aby wcielić w życie doświadczenie zdobyte na punkcie kontrolnym „Republika Most”. To był mój pierwszy kontakt z frontem. Tam pracowaliśmy z „Hospitalierami”, będącymi wówczas jeszcze niewielką grupą medyczną.

Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałem, jak zachowywać się w sytuacji, kiedy będą eksplozje i krwi, bo poligon nigdy do tego nie przygotował. Kiedy po raz pierwszy trafiłem pod ostrzał artyleryjski i zobaczyłem, co dzieje się na wojnie, zdałem sobie sprawę, że mój organizm dobrze reaguje na stresującą sytuację. Postanowiłem więc robić to dalej.

- Jak to wyglądało w późniejszych latach?

- Wracaliśmy do Polski, pracowaliśmy na swoich stanowiskach, zbieraliśmy pomoc humanitarną - i znowu jechaliśmy na Ukrainę. W ciągu tych siedmiu lat braliśmy urlop na własny koszt i przyjeżdżaliśmy na Ukrainę, aby uczyć chłopców lub sami pracowaliśmy na froncie. Szkoliliśmy prawie wszystkie bataliony ochotnicze: „Azow”, „Aidar”, „Prawy Sektor”, jednostki Sił Zbrojnych. Do 2022 roku byliśmy na Ukrainie co roku – średnio do trzech miesięcy.

W tych latach odwiedziłem także Irak, Syrię i pomagałem Kurdom w walce z ISIS.

W 2017 roku „Novorussia Today” napisał, że jestem polskim najemnikiem, rosyjska propaganda wzięła mnie na cel, zaczęła mnie prześladować, a do mojej pracy zaczęły przychodzić anonimowe listy na mój temat.

- Czy wpłynęło to na twoją karierę w Polsce?

- Był taki okres, że w polskich instytucjach uważano mnie za niebezpiecznego, bo podobno nie wiadomo było po co i do kogo tam jeżdżę. Ale mimo to od tamtego czasu aż do dzisiaj z uporem pomagałem Ukrainie, a ci, którzy kiedyś mnie krytykowali, stali się już pierwszymi wolontariuszami (uśmiechy). Ale musimy robić swoje.

CZASEM BYŁO TYLE RANNYCH, ŻE DRZWI BAGAŻNIKA SIĘ NIE ZAMYKAJĄ

- Jak „przywitaliście” 24 lutego 2022?

- Rankiem 24 lutego otrzymałem wiadomość głosową od "Snajdera" - mojego kolegi z pułku "Azow", którego znamy od wielu lat. Wiadomość była taka, że Rosjanie wkroczyli na Ukrainę i jeśli Polacy nie pomogą, sami Ukraińcy nie będą w stanie poradzić sobie z tym napływem. Na to odpowiedziałem mu: „Trzymajcie się, przyjaciele, zajmujemy się tym”.

Ponieważ obecnie pracuję w instytucji państwowej, mój wyjazd na Ukrainę nie był łatwy, musiałem przejść przez różnego rodzaju procedury. Pod koniec lutego do praktycznie otoczonego Kijowa dotarliśmy z pomocą humanitarną dla nowo utworzonych oddziałów „Azowa”. Przyjrzeliśmy się potrzebom i przyjęliśmy jeszcze dwóch kolegów z Polski, którzy przeszli dodatkowe szkolenie jako ratownicy medyczni. Wśród nich był w szczególności były więzień reżimu Łukaszenki Witold Dobrowolski, który interesował się ruchem „Azow” i napisał o nim książkę. Razem udaliśmy się do Mikołajowa, gdzie przez kilka tygodni pracowaliśmy z 206 batalionem TRO z Kijowa, batalionem „Morze Karpackie”. Tam pomagaliśmy żołnierzom i cywilom, którzy zostali ranni podczas bombardowań. I tak pracowaliśmy na południu przez kilka tygodni, aż do wyzwolenia Chersoniu. Naszym zadaniem była ewakuacja rannych. Ale kiedy jednostki ukraińskie ruszyły do ​​szturmu, byliśmy z nimi. Siedzieliśmy z nimi w okopach kilkaset metrów od pozycji rosyjskich. Następnie razem z nimi zaczęliśmy wchodzić na tyły wroga.

Podczas mojej ostatniej podróży na Ukrainę otrzymałem od pobratymców pseudonim „Lektor”.

- Dlaczego „Lektor”?

- Bo rosyjska propaganda rozpowszechniała fejki, że wyciągam rannych Ukraińców i sprzedaję ich na organy. Ponieważ ten pseudonim jest z frontu, akceptuję go.

W pierwszych dniach grudnia otrzymaliśmy informacje o trudnej sytuacji w okolicach Bachmutu i Soledaru oraz z obwodu charkowskiego, gdzie został przeniesiony 206 batalion. Udaliśmy się na odcinek Soledar-Bachmut, gdzie pracowaliśmy z jednym z oddziałów 10. Górskiej Brygady Szturmowej.

- Czy to wideo, w którym ewakuujesz rannego Ukraińca ze słowami "Wszystko będzie dobrze, bracie, będziesz żył", zostało tam nakręcone?

- Tak. Stan żołnierza był ciężki, ale udało się go ustabilizować. Obróciłem go na bok, żeby się nie zakrztusił krwią i żeby uraz głowy się nie pogłębił.

Bywały dni, że tylko nasze auto wywoziło z Soledaru 50 rannych żołnierzy. Tam na początku pracowaliśmy na "zero" z chłopakami w terenie. Później transportowaliśmy rannych z Soledaru do punktu stabilizacji. A potem, gdy sytuacja stała się dość trudna, zostaliśmy i pracowaliśmy w samym Soledarze. Nasza grupa zabierała rannych z "strefy zerowej" i wywiozła ich do granicy Soledaru, skąd zostali byli zabierani przez innych medyków. Wzięliśmy samochód terenowy, którym mogliśmy szybko wyciągać rannych. Czasami było tak wielu rannych, że tylna klapa nie chciała się zamknąć. Potem jedną ręką trzymałem bagażnik, a drugą ofiary, żeby nie wypadły z samochodu.

- Ilu żołnierzy ukraińskich uratowałeś?

- Po 50 ewakuowanych ukraińskich żołnierzach przestaliśmy liczyć. Na początku nasza grupa chciała postawić na samochodzie czerwone krzyżyki, licząc ocalone życia. Policzyliśmy do 50 i zdaliśmy sobie sprawę, że w samochodzie nie starczy nam miejsca, więc zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Myślę, że mówimy o setkach osób.

- Jak długo pojazd ewakuacyjny wytrzymuje w punkcie „zero”?

- Około miesiąca. Samochody kupujemy w Polsce, wyposażamy je, „umierają” na froncie, a pociągami zwracamy je do Polski, gdzie następnie je naprawiamy. Zajmujemy się również skupem nowych samochodów w Polsce. Ostatnio wolontariusze kupili nam Mercedesa Sprintera z napędem na cztery koła. Wyposażyliśmy go we Lwowie, bo tam są odpowiedni specjaliści, a potem – medycznie – w Polsce. Teraz już pracuje na "zero".

- Opowiedz historię ratunkową, która zrobiła na Tobie wrażenie?

- Jest ich tak wiele. Niedawno uratowałem faceta z pierwszej linii, który stracił obie nogi. Powiedział, że jak tylko dostanie protezy, weźmie udział w maratonie bostońskim. Zdajesz sobie sprawę, że uratowałeś mu życie - i to napełnia cię radością.

UKRAIŃCY TEŻ MAJĄ OGROMNE DOŚWIADCZENIE, KTÓRYM MOGĄ DZIELIĆ SIĘ Z POLAKAMI

- Wiem, że rozszerzacie swoją medyczną misję. Opowiedz mi o tym.

- Wynajęliśmy dom w Warszawie, to jest nasz ośrodek szkoleniowy. Będzie służył dwóm celom. Po pierwsze, chcemy szkolić kolejne grupy polskich ratowników medycznych, które pojadą na front na Ukrainie. Po drugie, będzie to miejsce, w którym ukraińscy wojskowi będą do nas przyjeżdżać na szkolenia. Chcemy szkolić medyków bojowych, którzy będą działać na pierwszej linii frontu. W ośrodku odbyło się już pierwsze szkolenie, w którym wzięło udział pięciu lekarzy ze lwowskiego ochotniczego batalionu medycznego.

Jesteśmy w trakcie rejestracji fundacji i chcemy podpisać umowy z jednostkami wojskowymi, aby wojskowi mogli formalnie wyjechać za granicę na szkolenie. Fundacja będzie nosiła nazwę "TYM CZASOM" ( ukr. ). Chcemy mieć w naszej grupie 20 ratowników medycznych. Będziemy uczyć medycyny taktycznej, ale nie tylko. Podczas selekcji skupimy się przede wszystkim na doświadczonych ratownikach medycznych z doświadczeniem wojskowym. Pierwsi przeszkoleni ratownicy medyczni wyjechali już na front. Chętnych do zostania ratownikiem medycznym nie brakuje, jest ich wielu. Jednak weźmiemy tylko zweryfikowane osoby, o których wiemy, aby wykluczyć wszelkie prowokacje.

Zapraszamy byłych członków polskich jednostek specjalnych do prowadzenia szkoleń dla ukraińskich kolegów ze strzelectwa i snajperki. Ukraińcy mają też duże doświadczenie, którym mogą się dzielić, a którego brakuje polskiej armii. Znamy wojnę z Afganistanu i Iraku, ale nie było takiej intensywności walk, użycia pojazdów opancerzonych, artylerii, jak teraz na Ukrainie. Dlatego charakter współczesnego pola walki nie jest jeszcze w pełni znany w Polsce.

- Skąd czerpiesz środki na swoją działalność?

- Pomagają nam tylko wolontariusze. Ze środków, które zebraliśmy do tej pory, 10% przeznaczyliśmy na szkolenia grupowe, nasze samochody się psują. 90% tego, co zebraliśmy, trafiało zawsze do jednostek ukraińskich, z którymi współpracowaliśmy. Kupowaliśmy im lekarstwa, generatory, mundury, noktowizory. Jeśli pracujemy z jednostką, to już są dla nas jak bracia – razem z nimi podejmujemy ryzyko, razem jemy i staramy się zrobić wszystko, żeby im pomóc. To jest braterstwo krwi.

- Jakie są obecne potrzeby Ukrainy w zakresie medycyny taktycznej na polu walki i w czym może pomóc Polska i inne państwa sojusznicze?

- Jeśli mówimy o medycynie wojskowej, Ukraina przeszła długą drogę od 2014 roku. W 2014 roku o medycynie taktycznej wiedzieli tylko zagraniczni wolontariusze – i na tym się skończyło. Jednocześnie ten standard jest obecnie znany prawie każdemu ukraińskiemu żołnierzowi. Trzeba jednak pamiętać, że ratownicy medyczni na linii również są ranni i muszą odpoczywać. Dlatego istnieje potrzeba ciągłego szkolenia medyków bojowych. Dlatego też moim zdaniem ważną potrzebne jest utworzenie na Ukrainie kilku misji zagranicznych, które pomogą w szkoleniu sanitariuszy bojowych. Na Ukrainie są takie ośrodki, ale mają one ograniczone możliwości szkoleniowe. Od 2014 roku powstało wiele organizacji szkolących medyków bojowych. Moim zdaniem to armia ukraińska powinna inicjować tworzenie takich ośrodków na Ukrainie.

- Jakie leki są najbardziej potrzebne na froncie?

- Leki szybko się kończą, więc potrzebujesz ich dużo. Potrzebujemy certyfikowanych apteczek, a nie jakiejś taniej chińskiej podróbki, sprzętu w punktach stabilizacji, do których poszkodowany dociera jako pierwszy. I wreszcie, jest zawsze potrzebny sprzęt medyczny szpitalom położonym najbliżej linii frontu – pomagają tam zarówno okolicznym mieszkańcom, jak i wojsku. Potrzebujemy dużo łóżek, sprzętu, sprzętu diagnostycznego, materiałów.

ROSJA NIGDY NIE BYŁA BRATNIM NARODEM DLA POLAKÓW

- Jak myślisz, jak długo będzie trwała wojna, kiedy się skończy?

- Nie wierzyłem, że Rosjanie pójdą na Kijów. Myślałem, że będą chcieli odciąć od Ukrainy obwody doniecki i ługański i może spróbują stworzyć drogę na Krym. Kiedy Rosjanie zaatakowali Kijów, obiecałem sobie, że nie będę już więcej przewidywał, bo nie jestem w tym dobry, tylko spróbuję dostosować się do obecnej sytuacji, bez przewidywania przyszłości.

- Wielu Polaków walczy po stronie armii ukraińskiej, są ofiary. Spotykacie się, komunikujecie?

- Tak, niestety wśród Polaków jest już siedmiu zabitych. Chłopaki pracują w różnych segmentach. Dlatego nasze drogi nie przecinają się specjalnie, ale utrzymujemy ze sobą kontakt, jeśli trzeba – pomagamy sobie.

Ważne jest, abyśmy budowali naszą przyjaźń na bohaterach, którzy jednoczą nasze narody, a nie je dzielą

- Jaki jest obecny stosunek do Polaków na Ukrainie?

- Bardzo pozytywny. Ukraińscy chłopcy na froncie noszą na mundurach polskie flagi. Jest takich wielu. Jeśli są gotowi umrzeć z polską flagą, to świadczy to o bardzo pozytywnym nastawieniu do narodowych barw tego kraju. Pamiętam, jak byłem z chłopakami na „zero”, jeden z nich o coś zapytał, my odpowiedzieliśmy mu po ukraińsku, a on spojrzał na nas i powiedział: bardzo dziękujemy, że byliście z nami i narażaliście swoje życie! Takich reakcji jest wiele.

- Jaki jest twój stosunek do Rosji?

- Rosja nigdy nie była dla Polaków narodem bratnim. Mentalność Rosjan się nie zmienia. Przemówienia Putina, w których bezpośrednio wspomina o Imperium Rosyjskim i utraconych przez to Imperium ziemiach, pokazują, że Rosja chce powrotu do imperializmu. To nigdy nie była dobra wiadomość dla Polaków, bardzo przez nią cierpieliśmy. Dlatego stosunek do nich nigdy nie będzie pozytywny.

- Stosunki polsko-ukraińskie nie były w przeszłości łatwe. Czy możemy teraz mówić o prawdziwym polsko-ukraińskim braterstwie?

- To braterstwo staje się coraz większe. Ważne, że mamy teraz wspólnych bohaterów – waszych poległych bohaterów, naszych bohaterów, którzy zginęli za Ukrainę, wolontariuszy, polityków. Ważne jest, abyśmy budowali naszą przyjaźń na bohaterach, którzy jednoczą nasze narody, a nie je dzielą.

Chciałbym powiedzieć wszystkim Ukraińcom, że Polacy są gotowi nie tylko otworzyć przed nimi swoje domy, gdy zapukają do nich kłopoty, ale także opuścić swoje bezpieczne domy i ryzykować życiem, aby Ukraińcy byli wolnymi ludźmi.

Jurij Banachewycz

Przy cytowaniach i wykorzystywaniu dowolnych materiałów w Internecie, dostępnych dla wyszukiwarek, obowiązkowy jest odnośnik na pierwszy akapit «ukrinform.pl», jednocześnie cytowanie tłumaczeń materiałów z zagranicznej prasy jest możliwe tylko pod warunkiem umieszczenia odnośnika do strony ukrinform.pl oraz na stronę tego wydania. Cytowanie i wykorzystanie materiałów w offline mediach, aplikacjach mobilnych, SmartTV jest możliwe wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody Ukrinformu. Materiały oznaczone jako "reklama" i "PR", jak również materiały w bloku "Komunikat prasowy" są publikowane na prawach reklamy, i odpowiedzialność za ich treść niesie reklamodawca.

© 2015-2024 Ukrinform. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projektowanie stron internetowych - Studio «Laconica»

Wyszukiwanie zaawansowaneUkryj wyszukiwanie zaawansowane
W przeciągu jakiego okresu:
-