Nowy dyrektor Polskiego Instytutu Kultury i rosyjska histeria

Nowy dyrektor Polskiego Instytutu Kultury i rosyjska histeria

Ukrinform
Reakcja na nominację Piotra Skwiecińskiego pokazała, jak w Moskwie obawiają się "kolorowych rewolucji"

Pod koniec lutego stało wiadomo o zmianie dyrektora w Polskim Centrum Kultury w Moskwie. Dariusza Klechowskiego, wieloletniego dyplomatę, kulturologa, literaturoznawcę z wykształcenia zastąpił Piotr Skwieciński, jeden z czołowych polskich publicystów i intelektualistów o poglądach prawicowo - konserwatywnych.

Skwieciński jest absolwentem Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 80. działał w młodzieżowym odłamie Solidarności, dobrze zna historię Rosji, w latach 2006-2009 był dyrektorem generalnym Polskiej Agencji Prasowej (PAP), a następnie pracował jako korespondent „Rzeczpospolitej” w Moskwie. Od 2013 roku jest publicystą tygodnika "Sieci" i w Polsce prowadził autorski program o polityce międzynarodowej.

Wydaje się jednak, że rutynowe zmiany u wielu ludzi spowodowały niespodziewany przypływ nienawiści na „masowego rażenia” rosyjskiej telewizji państwowej.

RUSOFOBEM JEST KAŻDY, KTO JEST PRZECIWKO IMPERIALNEJ DOMINACJI.

W rosyjskiej telewizji państwowej (Rossija 24) wyszedł najpierw czterominutowy materiał poświęcony temu wydarzeniu:„Rusofobia po Warszawsku", a po kilku godzinach – wypuszczono już rozszerzony o dziesięć i pół minuty materiał o bardziej wdzięcznym tytule "Kulturowa rusofobia. Tajny doradca Piotr Skwieciński”.

Osoba powołana na stanowisko dyplomatyczne jeszcze nie rozpoczęła pracy (Polskie Centrum Kultury ma status misji dyplomatycznej przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a jego dyrektorem jest dyplomata rangi doradcy posła), a był już z góry uznany za zagorzałego rusofoba, wroga kraju przyjmującego. Dlaczego tak się stało?

Na stronie nowego dyrektora PCK ten temat został szybko omówiony, a główna myśl jest całkowicie zrozumiała. Taka reakcja jest charakterystyczna dla imperialistycznych tradycji Rosji: nazywać rusofobami normalnych, myślących, troszczących się o dobrobyt swojego kraju Polaków. Z kolei "prawdziwymi Polakami" nazywa się pro-moskiewskich zdrajców, albo jakieś marginalne osoby bez nazwisk. Tak więc ta demonstracja nienawiści jest uznaniem zasług i uczciwości Skwiecińskiego, autorytatywnego eksperta, z którym można się nie zgodzić, ale którego po prostu głupio nazywać rusofobem. Ciekawe, że dla Ukraińców nie ma w tym nic niezwykłego. Podobnie każdy, kto popiera interesy Ukrainy, jest "faszystą" dla rosyjskiej propagandy, a „prawdziwi Ukraińcy” to tylko ci, którzy głoszą pro-moskiewskie poglądy. Ale to wszystko, że tak powiem, wspólny zarys wydarzeń i rozumowania. A ponadto jest wiele ciekawych i ważnych szczegółów ...

Co jeszcze trzeba powiedzieć. O Polskim Centrum Kultury wiem nie ze słuchów, traktuję go z sympatią i szacunkiem. Kiedy mieszkałem w Moskwie i tam pracowałem nad obszernym artykułem o elementach polskiej tożsamości Gogola, wielokrotnie odwiedzałem PCK, brałem książki z jego biblioteki, zabierałem książki przeznaczone do rozpowszechniania (2012-2014 rok).

Przyjazną atmosferę i uwagę pracowników dopełniała jedna ważna cecha: Polskie Centrum Kultury nie koncentrowało się na "czystej sztuce", nie ograniczało się do wąskiego rozumienia kultury. W publikacjach i wydarzeniach poruszało się złożone, bolesne tematy - historyczne, ideologiczne. Kilka książek wydanych w PCK zajęło bardzo ważne miejsce w mojej bibliotece (np. Zebranie Siergieja Weriewkina -"Rozmowy z polskim ambasadorem o polskiej historii i nie tylko" (2009), książki Józefa Czapskiego - „Wspomnienia starobielskie", "Na nieludzkiej ziemi" i "Prawda o Katyniu").

TOPORNIE ZLEPIONY WRÓG

Jeśli chodzi o te materiały, odsłaniające "rusofobię Skwiecińskiego", wyglądają one banalnie i niezdarnie, ale są skuteczne dla tych, którzy nie wiedzą czego i kogo dotyczą.

Ironiczna okładka zbioru esejów Skwiecińskiego "Kompleks Rosji", która przedstawia cyrkowego niedźwiedzia w barwach rosyjskiego tricoloru, od początku została przedstawiona jako coś niesamowicie okropnego. Dalej - same frazy wyrwane z kontekstu: na przykład tam, gdzie autor mówi o negatywnych stereotypach dominujących w społeczeństwie, przedstawia się je jako opinię samego autora.

W roli oskarżycieli występują jakieś dziwne osoby, które nie wiedzą o kogo chodzi. Tylko pewnie wie Jurij Bondarenko. Ciekawe jak skomentował w sieciach społecznościowych, swoje odejście z tego stanowiska: "Jestem zmęczony imbecylami, odchodzę ze stanowiska dyrektora @rospolcentr".

W niektórych miejscach rozbieżność między materiałem wideo a słowami rosyjskich propagandystów wydaje się komicznie niezręczna. Na przykład, gdy prezenterka mówi o "rusofobicznej rekrutacji", którą rzekomo będzie przeprowadzał straszny Skwieciński w Rosji, pokazuje się urywki z jego polskich programów, a tam – po polsku napisany temat bieżącej rozmowy: "Oligarchiczny system na Ukrainie". To dopiero! Uważny widz uświadamia sobie natychmiast, o jaką patologiczną rusofobię chodzi.

W drugim, większym materiale, w pierwotnie planowanej i zamówionej na 10 minut wersji, nie było wystarczającej ilości materiału. Słowo "rusofobia", jest obrazowane filmowcami, uczestniczącymi na Berlinale w akcji #FreeSentsov. Nie, oczywiście, dzięki. Ale właściwie jaki to ma związek? Co zaskakujące, dalej materiał robi jeszcze większą reklamę Agnieszce Holland i premierze jej filmu o Wielkim Głodzie - "Mr Jones", która miała miejsce właśnie na Berlinale. I wszystko po to, aby powiedzieć, że kiedy w tym filmie trzeba było kręcić wydarzenia rozgrywające się w Moskwie, to tam nie pojechano, bo tam, cytuję: „wybierają ciemność zamiast światła ".

A w finale tego materiału - groźby w stylu: niech nowy "Pan dyrektor" wini tylko siebie za "chłodny stosunek do niego w Rosji". Jak daleko posunie się ten chłód, nie jest powiedziane.

Zabawne jest to, że dzięki takiej metodologii rosyjscy propagandyści mogliby szybko i na tym samym poziomie autentyczności uczynić Skwiecińskiego "polskim patriotą, przyjacielem Rosji, tylko częściowo w czymś się mylącego". Daję (za darmo!) przepis.

Weźcie dwa duże artykuły z państwowej "Rossijskiej Gazety", w której Piotr Skwieciński pełni rolę "autorytatywnego polskiego dziennikarza i historyka". W jednym z nich, gorzko, samokrytycznie mówi o megalomanii, która przetoczyła się przez polskie społeczeństwo odnośnie 1 września 1939 r., w drugiej - odnośnie powstania warszawskiego w 1944 r. Zastanówcie się nad słowami publicysty na temat znaczenia najnowszego filmu "Wołyń" dla Polaków i zmiany polskich priorytetów. Dokładnie wymieszajcie teraz wszystko i podajcie pod sosem ostrych wypowiedzi Skwiecińskiego o Wilnie w związku z jego polityką dotyczącą pamięci historycznej i polskiej mniejszości na Litwie ...

Spójrzmy na przykład na to, ile bezcenna rosyjska propaganda mogła wyciągnąć tylko z trzech zdań tego autora prawicowych poglądów konserwatywnych. W jednej ze swoich rubryk (poświęconej temu, że Wilno, nie pozwala pisać imion litewskich Polaków wbrew zasadom języka litewskiego), stwierdził: "Kraj, który w ciągu 20 lat nie był w stanie, w relacjach z innymi krajami, mniejszymi (i uważanymi za mniej wpływowe!) doprowadzić do wprowadzenia ważnych dla niego zasad będzie uważany nie za szlachetny, ale tylko słaby. Będzie on uważany za taki w Wilnie, Mińsku i Kijowie. A także w Moskwie.

Kilka sztuczek propagandy kremlowskiej - i proszę: "Niech więc Warszawa", „a także Moskwa" rozpoczną w bezpośrednich negocjacjach, dzielić sfery wpływów od morza do morza, ale bez udziału „mniej wpływowych" subiektów - Wilna, Mińska i Kijowa! I co?

Ale nie, propaganda przechodzi obok takich wspaniałych możliwości. I lepi ze Skwiecińskiego wroga. Dlaczego?

JEDYNIE MOŻLIWA REAKCJA

W rzeczywistości właśnie taka reakcja Rosji, w jej obecnym stanie, jest nie tylko oczekiwana, naturalna, ale jedyna z możliwych. Z kilku powodów.

Po pierwsze, na doradców kulturalnych, szefów takich ośrodków, z reguły wyznacza się ludzi względnie dalekich od polityki. Są to zazwyczaj osoby, odnoszące się do jednej z trzech kategorii (albo mieszaniny tych kategorii): a) propagatorzy kultury, niosący "czystą sztukę" do mas, b) gabinetowi naukowcy "ponad dzisiejszą walką", c) menadżerowie-administratorzy.

Wystarczy spojrzeć, kto był dyrektorem Instytutu Polskiego w Moskwie do tej nominacji. Poprzedni wybitny dyrektor PCK, Dariusz Klechowski, posiadał w sobie wszystkie te trzy cechy w w równych proporcjach. Specjalizował się w pracach wielkiego polskiego modernisty Witolda Gombrowicza, był dyplomowanym literaturoznawcą, jednocześnie był i menedżerem dyplomatycznym. Klechowski szczególnie starał się popularyzować temat "Polacy na Syberii", publikując książki Biblioteki Polsko-Syberyjskiej. Można także tu przypomnieć szefa Narodowego Centrum Kultury Ukrainy na Starym Arbacie, Waleria Jurczenko, w pracy którego nie ma elementu politycznego, ani ideologicznego - głównie folklor i etnografia.

To znaczy, że Kreml, który oczyścił i stale oczyszcza platformę polityczną, przyzwyczaił się do tego, że w działalności takich ośrodków w Rosji istnieje nieoficjalny pakt o nieagresji składający się z dwóch słów: "Bez polityki".

A tu nagle polskie kierownictwo mianuje na szefa polskiego centrum kulturalnego w Moskwie nie eksperta kulturoznawstwa, nie folklorystę, nie administratora, ale autorytatywnego eksperta politycznego, wybitnego publicystę. Człowieka, wywodzącego się z Solidarności, tej okropnej Solidarności, od której zaczęła się masowa ucieczka z obozu socjalistycznego. Jednocześnie Skwieciński jest nie tylko prawdziwym analitykiem politycznym. Sądząc po jego wcześniejszych przemówieniach, nie ma on tej akuratności, jak, powiedzmy, Ariel Cohen (USA), który z jednej strony daje wywiad Ukrinformu, a z drugiej – bywa gościem w programach Sołowjowa w Rossji 1.

Jasne jest, że Skwieciński nie jest rusofobem. Ale jest zapalonym publicystą. Z punktu widzenia Kremla jest to również niedopuszczalne. I właśnie dlatego Moskwa jest tak wściekła, i ​​uznała taką nominację za jednoznaczne wyzwanie. Więc jej reakcja, powtarzam, wcale mnie nie zaskakuje i wydaje się zupełnie naturalna.

ANALOGI NIEWYKORZYSTANE: SKWIECIŃSKI I ... TEFFT

Raczej zaskakująca (pozytywnie) jest decyzja Warszawy o powołaniu takiej osoby do Moskwy. Ciężki, silny charakter z biografią (w tym polityczną), z nazwiskiem (w tym politycznym). Oczywiste jest, że w swojej działalności z definicji musi być dyplomatyczny, nastawiony na współpracę. Ale - nie da się już cofnąć czasu - początek historii okazał się już bardzo intrygujący, i będzie ciekawie obserwować, jak to się dalej potoczy.

Nie mniej interesująca jest odpowiedź na pytanie: czym kierowali się w Warszawie, podejmując taką decyzję? Istnieją dwie równie prawdopodobne wersje: pierwsza – celowo podjęli taką trudną i niezręczną decyzję, ryzykując pewne pogorszenie stosunków (dość powszechna praktyka dla obecnej partii rządzącej w Polsce); druga – polskie kierownictwo nie widziało ​​w tej nominacji niczego niezwykłego, mogącego komuś zaszkodzić. Ta wersja wydaje się bardziej niepokojąca, ponieważ świadczyłaby, że Warszawa nie rozumie atmosfery panującej w Rosji, w Moskwie, na Kremlu. Jeśli jednak takie nierozumienie istniało, to Moskwa, ze swoją histerią, na szczęście, szybko to naprawi.

Ciekawe, że właśnie wtedy, na początku tego tygodnia, wrócił na rosyjskie propagandowo-polityczne talk show, od dawna tam nieobecny„dyżurny Polak” Jakub Korejba. Nie poruszano w tych programach historii z PCK, ale nastroje antypolskie powoli się zaczęły rozpalać. Co więcej, właśnie przez prowadzącego. „Tak, tam u Was w Polsce „naziki” rządzą" – wykrzykiwał Jewgienij Popow w programie "60 minut" (Rossija 1). I tutaj również ciekawie będzie obserwować, jaki okaże się polski trend w najbliższych dniach ...

I ciągle się zastanawiałem, co mi przypomina to zdarzenie? Rosyjskie incydenty z polskimi dziennikarzami? Nie, nie to: wtedy były albo "lustrzane" wydalenia po tym, jak rosyjski dziennikarz podejrzany o szpiegostwo został wysłany z Polski (Wacław Radziwinowicz); lub dziwne historie z pseudo-dziennikarzami, innymi „dyżurnymi Polakami" (Tomasz Maciejczuk). Tak, to nie to.

I nagle przypomniałem sobie. Jest to historia z innej bajki, ale z podobną motywacją. W 2014 r. tak właśnie witali w Moskwie, a w 2017 r. w ten sam sposób żegnali ambasadora USA, Johna Teffta. Był regularnie wyzywany od "twórców kolorowych rewolucji": przed przybyciem, z trwogą - „Och, przybywa do nas aktywista kolorowych rewolucji!", w dniu wyjazdu, entuzjastycznie - „Tak i nie udało mu się dokonać kolorowej rewolucji!" Chociaż w rzeczywistości był to po prostu zawodowy dyplomata z dużym doświadczeniem. A tak przy okazji, delikatnie odmówił mi wywiadu. Wydaje mi się, że właśnie dlatego, że wywiad z Ukrinformem byłby posunięciem dość okrutnym w odniesieniu do Rosji, a jego zadaniem jako ambasadora w Federacji Rosyjskiej było nie pogłębianie dalszych i tak niełatwych relacji.

I tu, w historii z nowym dyrektorem PCK, główny powód jest taki sam - paniczny strach przed rewolucją w Kremlu.

Oleg Kudrin, Ryga

Przy cytowaniach i wykorzystywaniu dowolnych materiałów w Internecie, dostępnych dla wyszukiwarek, obowiązkowy jest odnośnik na pierwszy akapit «ukrinform.pl», jednocześnie cytowanie tłumaczeń materiałów z zagranicznej prasy jest możliwe tylko pod warunkiem umieszczenia odnośnika do strony ukrinform.pl oraz na stronę tego wydania. Cytowanie i wykorzystanie materiałów w offline mediach, aplikacjach mobilnych, SmartTV jest możliwe wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody Ukrinformu. Materiały oznaczone jako "reklama" i "PR", jak również materiały w bloku "Komunikat prasowy" są publikowane na prawach reklamy, i odpowiedzialność za ich treść niesie reklamodawca.

© 2015-2019 Ukrinform. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projektowanie stron internetowych - Studio «Laconica»

Wyszukiwanie zaawansowaneUkryj wyszukiwanie zaawansowane
W przeciągu jakiego okresu:
-