Christopher Stokes, główny koordynator ds. sytuacji kryzysowych organizacji medycznej „Lekarze bez granic”

Sytuacja humanitarna na odzyskanych terytoriach obwodu chersońskiego jest dramatyczna

Międzynarodowa humanitarna organizacja medyczna „Lekarze bez granic” (MSF) od pół roku działa na terenach obwodu chersońskiego wyzwolonego od rosyjskich okupantów. W wioskach, które niedawno wróciły pod kontrolę władz ukraińskich, zaczęły też działać mobilne przychodnie MSF. MSF prowadzi mobilne przychodnie zdrowia w około 30 wioskach, koncentrując się na podstawowej opiece zdrowotnej, chorobach niezakaźnych i wsparciu zdrowia psychicznego. Karetki MSF przewożą również pacjentów do i między placówkami opieki zdrowotnej w okolicach Krzywego Rogu i obszarów obwodu chersońskiego, które są pod kontrolą Ukrainy. Niedawno zespoły MSF rozpoczęły pracę w Snigurowce w obwodzie mikołajowskim.

Jak działa zespół MSF w kontekście wojny na Ukrainie, jaka jest sytuacja humanitarna na terenach odzyskanych obwodu chersońskiego, czym ta wojna różni się od innych współczesnych wojen – rozmawia korespondent Ukrinformu z głównym koordynatorem ds. sytuacji kryzysowych MSF na Ukrainie Christopherem Stokesem, pomaga tłumaczyć i komunikować się koordynator projektu organizacji Kateryna Kicza.

W STREFIE PRZYFRONTOWEJ POWINNA ZWIĘKSZYĆ SIĘ LICZBA ORGANIZACJI MIĘDZYNARODOWYCH

- Jak ocenia Pan dzisiejszą sytuację humanitarną na terenach odzyskanych obwodu chersońskiego? Co widzą zespoły MSF?

- W obwodzie chersońskim pracujemy w opustoszałych wsiach i osadach, jak np. Davydov Brod, Archangielskie i inne, tam pracują nasze zespoły lekarzy. Jak pracujemy? Mamy 7-8 przychodni mobilnych, są to ekipy, które przyjeżdżają do każdej wsi np. raz w tygodniu i przyjmują

pacjentów, którzy przeżyli okupację (osoby te bardzo długo nie miały żadnej opieki medycznej).

Sytuacja jest bardzo zła, sytuacja jest dramatyczna, można powiedzieć. Ponieważ w szczególności w takich osadach jak Vysokopole, Velika Aleksandrovka - placówki służby zdrowia zostały doszczętnie zniszczone, więc ludzie po prostu nie mają dokąd pójść, dokąd się zwrócić. Zmuszono do wyjazdu głównie lekarzy, specjalistów, miejscowy personel medyczny, więc nie ma kto świadczyć usług medycznych. Bardzo martwi nas okres zimowy, ludzie mają bardzo złe warunki bytowe: nie ma ogrzewania, nie ma pewnych podstawowych usług zaspokajających potrzeby życiowe, nie ma też aptek, które funkcjonowałyby tam na stałe. Dlatego spodziewamy się, że ludzie będą coraz częściej chorować na choroby układu oddechowego.

- Ilu pracowników „Lekarzy bez Granic” pracuje w regionie Chersoniu?

- Policzmy. 7-8 ekip mobilnych (w zależności od tygodnia), w każdej takiej mobilnej przychodni mamy lekarza, pielęgniarkę, psychologa i oczywiście kierowców, bo jeżdżą kilkoma samochodami. I robimy to tak, żeby osoby, które przychodzą z ostrymi problemami, z chorobami przewlekłymi, wiedziały, że raz w tygodniu będziemy wracać, żeby śledzić, jak są leczeni.

- Czy to zagraniczni specjaliści czy ukraińscy?

- Ogólnie rzecz biorąc, mamy mieszane zespoły, dużo kadry ukraińskiej, ale jest też kadra międzynarodowa.

- Po wyzwoleniu Chersoniu zaczął pan pracować bezpośrednio w mieście w dwóch lokalizacjach. Z jakimi problemami najbardziej borykali się mieszkańcy ośrodka regionalnego, którzy przeżyli okupację? Czy są to choroby przewlekłe, czy ludzie prosili o leki lub pomoc psychologiczną? Zauważam, że Ukraińcy nie są przyzwyczajeni do szukania pomocy u psychologów.

- Bezpośrednio po wyzwoleniu terenu byliśmy tam codziennie przez tydzień i pracowaliśmy, jak Pani słusznie powiedziała, zarówno na Placu Wolności, jak i na dworcu kolejowym, przyjęliśmy około siedmiuset osób. Większość z nich przychodziła przede wszystkim po poradę lekarską do lekarza – są to osoby z chorobami przewlekłymi, które nie miały gdzie wziąć swoich zwykłych leków, potrzebowały uzupełnić zapasy.

Jeśli chodzi o zdrowie psychiczne, to oczywiście, gdy ludzie zobaczyli, że w naszej mobilnej poradni pracują psychologowie, zaczęli się do tego stopniowo przyzwyczajać i do końca tygodnia liczba wizyt u psychologa stopniowo rosła.

Jeśli chodzi o ogólną opiekę medyczną w Chersoniu, ściśle współpracujemy z Ministerstwem Zdrowia Ukrainy. Zaczęliśmy tam pracować natychmiast po zwolnieniu miasta, teraz nadal udzielamy  konsultacji lekarskich i dostarczamy leki potrzebne pacjentom w tych samych punktach w samym Chersoniu, a nasze wysiłki skoncentrowaliśmy bardziej na wioskach obwodu chersońskiego.

W samym mieście nasz zespół był w ubiegły czwartek i oczywiście komunikujemy się ze szpitalami. Teraz oceniamy sytuację - jak najlepiej wyposażyć stacje medyczne w samym Chersoniu, biorąc pod uwagę ciągły ostrzał, tak aby był bezpieczny zarówno dla pacjentów, jak i personelu.

A ze swojej strony chciałbym zauważyć, że na froncie i w strefach przyfrontowych, jak zauważyliśmy podczas naszego pobytu, jest bardzo mała obecność organizacji międzynarodowych. Pracują tam głównie lokalni wolontariusze, starają się pomagać, ale bardzo przydałoby się zwiększenie liczby organizacji międzynarodowych w tak trudnych sytuacjach, trudnych regionach.

- Czy ci, którzy przeżyli bezprawne więzienie, tortury dotyczyli Pana pracowników? Jakie emocje towarzyszą ludziom, którzy przeżyli okupację, o czym opowiadają?

- Pacjenci, którzy do nas przychodzą, dzielą się swoimi doświadczeniami z życia pod okupacją, opowiadają o swoich bliskich, sąsiadach, znajomych, którzy doznali złego traktowania. Niestety nie możemy przedstawić żadnych bezpośrednich dowodów, sami nie rozmawialiśmy bezpośrednio z tymi osobami (z osobami, które doznały tortur - autorka).

Ludziom na okupowanym terytorium obwodu chersońskiego trudno było żyć w ciągłej atmosferze strachu i presji. Nigdy nie wiedzieli, co się z nimi stanie następnego dnia, bali się zatrzymania, bali się, że coś im zrobią. I jesteśmy pewni, że ta ciągła codzienna presja psychiczna pozostawi swoje ślady na długi czas.

- Czy można z całą pewnością stwierdzić, że z powodu tego, czego doświadczyli w czasie wojny, ludzie będą potrzebowali pomocy psychologicznej także po zwycięstwie?

- Tak, oczywiście, ma Pani rację, będzie to miało długoterminowe konsekwencje. Mogę stwierdzić, że na całym wyzwolonym terenie regionu istnieje duże zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną.

NIGDY NIE SPOTKAŁEM TAK WSPANIAŁEJ AKTYWIZACJĄ  SPOŁECZEŃSTWA OBYWATELSKIEGO

- Jakie są Pańskie osobiste doświadczenia wyniesione z tej wojny?

- Wnioski te mogę podzielić na dwie części: pozytywną i negatywną. Pozytywne - Nigdy nie spotkałem się z tak dużą aktywizacją społeczeństwa obywatelskiego: ludzie są bardzo mocno skonsolidowani, pomagają sobie nawzajem i dają z siebie wszystko, aby nieść pomoc tam, gdzie jej nie ma, ratować się nawzajem. A negatywne - mogę powiedzieć, że nigdy nie wiadomo, gdzie można zrobić sobie krzywdę, bo na Ukrainie nie ma bezpiecznego miejsca, bo do bombardowania może dojść niezależnie od tego, gdzie się jest - czy to w obwodzie donieckim, czy we Lwowie.

- Czy twój pociąg ewakuacyjny kursuje w regionie Chersoniu?

- Tak, mamy nasz pociąg ewakuacji medycznej, który jest unikalny nie tylko dla Ukrainy, ale także dla MSF na całym świecie. I wielokrotnie był w Chersoniu zaraz po zajęciu Chersoniu przez armię ukraińską. Ewakuowaliśmy nim około 250 pacjentów szpitala psychiatrycznego. Część z nich została wywieziona do Odessy, część do zachodniej części Ukrainy. Z Chersoniu też zabraliśmy ciężko rannych. Teraz nasz pociąg medyczny pojedzie do Dniepru. Jesteśmy w kontakcie z kierownictwem obwodu chersońskiego, aby wiedzieć, kiedy zajdzie taka potrzeba, aby być gotowym do ewakuacji rannych pacjentów lub innych osób potrzebujących naszej pomocy.

ZWYKLE W WARUNKACH WOJENNCH UDZIELANY JEST NAM DOSTĘP DO NIESIENIA POMOCY CYWILOM PRZEZ OBIE STRONY

- Czy brał Pan udział w podobnych misjach w innych krajach, w których toczyła się wojna. Czy to powszechna praktyka wojenna, gdy okupant nie wpuszcza do miasta międzynarodowej pomocy, międzynarodowych misji – jak to miało miejsce w Chersoniu?

- To prawda, staraliśmy się pomóc Ukraińcom ze wszystkich stron - zarówno w Mariupolu, jak i w Melitopolu oraz w Chersoniu, kiedy miasto było okupowane. Ale nie dano nam dostępu. Tak, mam duże doświadczenie w innych wojnach i zwykle zawsze obie strony zapewniają dostęp do pomocy cywilom. Tutaj - nie, nie było czegoś takiego. I bardzo nam przykro, że nie ma takiego dostępu w samym Mariupolu, w obwodzie ługańskim, słyszymy od ludzi o bardzo dużych potrzebach na terenach okupowanych. Niestety w tej chwili nie mamy jak  pomóc.

- W tej chwili nie ma pan żadnych informacji z drugiego brzegu Dniepru, który jest teraz pod okupacją, jaka jest tam sytuacja humanitarna?

- Niestety, informacji z drugiej strony Dniepru jest bardzo mało. I to jest informacja, którą wszyscy prawie znamy. Nie możemy teraz tam pojechać i pomóc. Zwykle zaczynamy od tego, co sami widzimy, co widzą nasze zespoły.

- Jeśli mówimy o obwodzie chersońskim, jakich leków najbardziej dziś brakuje?

- To podstawowe zwykłe leki, których po prostu nie ma, leki dla osób z chorobami przewlekłymi - cukrzycą, chorobami układu krążenia, nadciśnieniem. A jak zauważyłem, we wszystkich osadach, w których byliśmy, aptek po prostu nie ma. Chcę podkreślić, że wszystkie leki, które przywozimy, które dostarczamy, są dostarczane bezpłatnie, ponieważ ludzie nie mają obecnie możliwości ich zakupu. I ogólnie, jeśli zaczniemy od podstawowych potrzeb: pierwszą rzeczą, której ludzie potrzebują, jest ciepło, drugą jest woda, a trzecią jest bezpieczeństwo. Wtedy będą mogli czuć się bardziej normalnie w tej sytuacji.

„LEKARZE BEZ GRANIC” TO STRUKTURA DEMOKRATYCZNA, NAJWYŻSZE KIEROWNICTWO JEST WYBIERANE W DRODZE GŁOSOWANIA

- „Lekarze bez Granic”, o ile mi wiadomo, są finansowani z prywatnych datków, a nie ze środków publicznych?

- Zgadza się, to w zasadzie małe prywatne datki od wielu, wielu ludzi z całego świata, którzy przekazują je naszej organizacji, abyśmy mogli pomagać w takich strefach konfliktów, w sytuacjach klęsk żywiołowych. Tak jest tutaj - wojna, a podczas konfliktu zbrojnego jest to szczególnie dotkliwe. Sami wybieramy, na co wydajemy nasz budżet i bardzo ważne jest dla nas, aby nie otrzymywać darowizn od rządów, na przykład od niektórych partii. A my w organizacji, zaczynając od potrzeb, które widzimy na miejscu, decydujemy, na co pójdą środki, gdzie lepiej je skierować: Jemen, Afganistan, Ukraina. Prowadzimy dystrybucję między różnymi strefami, które tego potrzebują.

- A jak powstają Wasze zespoły, jak do Was trafić - to musi być wyjątkowa osoba, czy trzeba mieć jakieś specjalne, oprócz medycznego, przeszkolenie?

- Jeśli chodzi o to, jak można dostać się do pracy u nas, publikujemy nasze oferty pracy w domenie publicznej, w Internecie, jest to absolutnie demokratyczny wybór osób. Można wyszukać w Google organizację „Lekarze bez Granic” na Ukrainie, a zobaczy się listę wolnych miejsc, o które można się ubiegać.

„Lekarze bez Granic” to tak demokratyczna struktura, że ​​mamy nawet najwyższe kierownictwo wybierane w drodze głosowania. Jeśli jesteś w społeczności, głosujesz na to, kto będzie twoim liderem. I tak wybiera się prezesa MSF.

Jeśli chodzi o szkolenia, nie mamy żadnego specjalnego kursu. Podkreślam, że my również oceniamy ryzyko bardzo poważnie i nigdy nie narażamy na niebezpieczeństwo naszych pracowników. Na przykład na prawym brzegu Dniepru chcemy iść bardzo daleko, chcemy iść wszędzie tam, gdzie potrzebna jest pomoc, ale nie możemy jeszcze wejść do niektórych miejscowości, bo jest bardzo ciężki ostrzał. Nie mamy prawa wysłać tam naszego pracownika i nigdy tego nie zrobimy, ponieważ troszczymy się o jego życie i zdrowie.

- K.K. Osobiście przeprowadziłam dziś wywiady z kilkoma lekarzami w sprawie nowego projektu.

- Co dokładnie robią dla pacjenta Lekarze bez Granic? Czy to tylko udzielanie pierwszej pomocy na miejscu, operacje, czy też śledzicie niektóre przypadki w określony sposób, być może pomagając zorganizować dalsze leczenie?

- Zapewniamy podstawową opiekę medyczną, mamy też cały park samochodowy naszych "Ambulansów", przekazujemy darowizny na rzecz szpitali w obwodzie donieckim, dniepropietrowskim, chersońskim. Darowizny te obejmują niezbędne materiały eksploatacyjne, leki do niektórych poważniejszych zabiegów. Od czasu do czasu prowadzimy również szkolenia dotyczące pracy z ofiarami z traumatycznym syndromem. A na drugim poziomie opieki, na specjalistycznym, pracujemy w Konstantynówce, nasi lekarze pracują na oddziale przyjęć razem z Ukraińcami, z lokalnym zespołem.

- To znaczy, w różnych regionach Ukrainy praca waszych zespołów jest organizowana inaczej?

- Na przykład w marcu-maju udzieliliśmy dużego wsparcia szpitalom w obwodzie żytomierskim, ponieważ personel nie był przeszkolony do przyjmowania rannych w warunkach wojennych. Dlatego wszystko zależy od regionu, wszystko zależy od potrzeby i reagujemy na nią tak, jak jest to konieczne w danym miejscu, nie mamy ogólnej reguły.

- Ma Pan doświadczenie w udzielaniu pomocy w czasie wojny. Proszę powiedzieć, co widzi Pan teraz - czy można porównać z tym, co Pan  widział wcześniej?

- To, co na Ukrainie jest szokujące, to taka długa linia frontu, jeśli się ją poprowadzi z Chersonia do Limana, do Kupiańska, to jest to bardzo, bardzo duża liczba kilometrów z ogromną dewastacją infrastruktury cywilnej. Przez tysiące kilometrów - dewastacja.

Rozmawiała Iryna Staroselec